Październik i
listopad to miesiące upływające u nas pod znakiem urodzin. Jesień w Finlandii jest
porą szarą, mokrą i przygnebiająca więc
oba projekty pod tytułem „nowe dziecko”
zaplanowałam właśnie na ten czas, żeby odwrócić swoją uwagę od aury i skierować
ją na coś bardziej pozytywnego ;)
Młodsza skończyła
w październiku 5 lat. Po raz drugi mogła zaprosić koleżanki/kolegów z
przedszkola – rok temu miała pierwszą dziecięca imprezę urodzinową. Globalna
moda na organizowanie urodzin w różnych salach zabaw itp. dotarła oczywiście również do Finlandii, ale
nie jest tak „rozbuchana” jak w Polsce i na szczęście tradycyjne urodziny
domowe nadal utrzymuja silną pozycję.
Dlaczego „na szczęście”? Już wyjaśniam.
Jestem może
staroświecka, ale uważam, że przyjęcie urodzinowe to jedna z tradycji. A
tradycje według mnie powinny pozostawać takie jakie były kiedyś – w domu, z
tortem, wspólnymi grami i zabawami, rozpakowywaniem prezentów i po prostu byciem
w grupie – rozmawiając, żartując, słuchajac opowieści innych, śmiejąc się z
czyjegoś żartu itp. Oraz jubilatem jako najważniejszą tego dnia osobą. W salach
zabaw, kręgielniach czy innych tego typu lokalach idea przyjęcia urodzinowego
ginie. Dzieci albo rozbiegają się żeby korzystać z najróżniejszych atrakcji,
albo skupiają się na oferowanym przez animatora programie, co jest fajne, nawet
bardzo, ale jak dla mnie, bardziej odpowiednie na Dzień Dziecka, czy na
przykład początek wakacji.
Jak wcześniej wspomniałam,
młodsza córka po raz drugi zaprosiła w tym roku dzieci z przedszkola i po raz
drugi impreza odbyła się w domu. Nie było fajerwerków ani klaunów. Byly
smakołyki zdrowe i mniej zdrowe, był tort ze świeczkami, rozpakowywanie
prezentów, wspólne tańce i kilka zabaw. Było siedzenie przy stole i zaśmiewanie
się z opowiadanych po kolei głupotek. Córka była bardzo zadowolona. Zresztą
radość przyniosła jej nie tylko sama impreza, ale również przygotowania do niej
– uczestniczyła w planowaniu menu, w przygotowywaniu stołu, dekorowaniu go,
ustawianiu talerzy, misek z przysmakami, a później również w sprzątaniu. Była
zaangażowana w organizację od początku do końca. I to właśnie uważam za
najważniejsze w calej idei przyjęcia urodzinowego. Oczywiście jest to moje zdanie i nie zabieram nikomu prawa do posiadania innej opinii J Jak równiez nie zarzekam sie, że nigdy nie ugnę się i nie wykupię pakietu w sali zabaw. Zrobię to, tak jak zrobiłam w przypadku starszej córki, która miała imprezy i w kulkowni, i w odpowiedniku przeznaczonym dla starszych dzieci, jak również w sklepie z biżuterią(!) oraz w kręgielni.
Aż tu nagle, kończąc 12 lat, zapowiedziała, że chce zaprosić koleżanki do domu, na oglądanie filmu, wcinanie pizzy, chipsów i popijanie ich colą. Oraz że dorośli i małe dzieci (czytaj siostra) mają się wynieść na ten czas z domu. :D
No i wczoraj stało
się. Po raz pierwszy córka miała wolną chatę ;)
Wpadłam do domu
po pracy, aby ustalić zasady, upewnić się, czy ogarnie pieczenie mrożonej
pizzy, po czym zostałam wystawiona za drzwi. Zapowiedziałam jeszcze, że ma
dzwonić w razie problemów, po czym ruszyłam do sali zabaw, w której koczował
już „bezdomny” mąż z młodszą. Nie wyjechałam jeszcze z osiedla, gdy zadzwonił telefon. Córka oznajmiła, że ma pierwszy problem – spaliła popcorn w mikrofalówce. Kazałam otworzyć okno, wynieść spalony popcorn do śmieci na zewnątrz i się nie przejmować.
Więcej telefonów
nie było. Dziewczynki bawiły się doskonale, obejrzały drugą część filmu Mamma
Mia, pojadły, potańczyły, powygłupiały się. Gdy wróciliśmy do domu po 20,
wszystko było posprzątane i tylko smród straszliwy oraz uwędzona wewnątrz
mikrofalówka były dowodem na odbytą imprezę.
Niestety chyba
trzeba będzie ją wywalić, bo zapach wżarł się w plastik i chyba już tam
pozostanie. Cóż, trzeba było zamiast na
instrukcji pieczenia pizzy, skupić się na szkoleniu z popcornu ;) Najważniejsze
jest to, że impreza się udała,
dwunastolatka jest zadowolona, a co do mikrofalówki, to cóż, od dłuższego czasu
próbuję ograniczyć jej używanie, nie znajdując w tym poparcia domowników, może
teraz się uda J 



