Kilka dni temu
przeczytałam artykuł o jednej z polskich podstawówek, w której wprowadzono
punktację za zachowanie, z wyszczególnieniem ujemnych punktów za zachowania
negatywne, między innymi wyśmiewanie innych, przeklinanie itp. Podobało by mi
się takie rozwiązanie, gdyby nie to, że wygląd uczniów również podlega takiej
punktacji. Wygląd, czyli ewentualny makijaż, pomalowane paznokcie, czy
pofarbowane włosy.
Wkręciłam się w
dyskusję pod artykułem, co owocowało pomysłem na ten wpis.
Jestem mamą
dwunastolatki. Sama nastolatką byłam. Wiem więc, że w pewnym wieku przychodzi
zainteresowanie „dorosłymi” sprawami, takimi jak właśnie makijaż, czy farbowanie
włosów, albo zainteresowanie modą. Wiem też, że świat się zmienia i to co było
nie do pomyślenia w nastoletnich latach mojej mamy, dla mnie było normą, a dla
dzisiejszego pokolenia staje się normą jeszcze wcześniej. Dzieci dojrzewają bowiem
teraz wcześniej niż kiedyś. Ja, mając 9 lat, za pieniądze, które dostałam na
komunię, kupiłam sobie w Pewexie pierwszą lalkę Barbie, po czym w ciągu
kolejnych paru lat dokupiłam jeszcze dwie i bawiłam się nimi z koleżankami w
najlepsze. Moja córka w wieku 9-10 lat
już dawno w stronę Barbie nawet nie spojrzała, wyrosła z nich mniej więcej
wtedy, gdy ja kupowałam sobie pierwszą taką lalkę.
Ale do rzeczy.
Pamiętam, w podstawówce, może w piątej klasie, może w szóstej, w dni, w które
lekcje zaczynały się później niż o 8, spotykałam się z koleżanką i podbierając
kosmetyki naszych mam, malowałyśmy się na różne sposoby. Tak nas to wciągało,
że o tym, że czas do szkoły, przypominało nam się w ostatniej chwili. Zmywałyśmy
te swoje makijaże na szybko i byle jak, więc czasem z daleka było widać, jak spędziłyśmy
poranek. Jednak nigdy nie dostałyśmy ani żadnych punktów karnych, ani uwagi.
Mniej więcej w
tym samym czasie zaczęły mi dokuczać problemy skórne. Zakrywałam wypryski
pudrem, czasem zbyt ciemnym, bo wydawało mi się, że wyglądam wtedy na lekko
opaloną. Też nikt nigdy tego się nie przyczepił. A mama sama zabierała mnie na
kosmetyczne zakupy.
W wieku 15 lat
zrobiłam trwałą, która miała być antidotum na okropnie przetłuszczające się
włosy. Mniej więcej w tym samym czasie zaczęłam eksperymentować z
koloryzującymi piankami do włosów, upodobując sobie najbardziej jaskrawo rudą. Robiłam
na powiekach kreski eyelinerem, malowałam rzęsy. Jednocześnie dostałam się do
najlepszego w Olsztynie liceum.
Już w
podstawówce, w „kolorowe piątki” (to był czas stylonowych fartuszków i tylko w
piątki wolno nam było ubierać się tak jak chcieliśmy) , moje spódnice były
najkrótsze, a bluzki najbardziej kolorowe (czemu sprzyjała moda na neonowe
kolory oraz fakt posiadania osobistego wujka w Niemczech Zachodnich).
Jednocześnie co roku dostawałam świadectwo z czerwonym paskiem.
Na studiach
przekłułam sobie pępek i aby był widoczny, nosiłam kuse bluzki. Farbowałam
włosy na niebiesko. Zakładałam najwyższe na świecie buty do najkrótszych na
świecie szortów. Jednocześnie jako jedyna na roku dostałam 5 z egzaminu ze
statystyki.
Na pewno bywałam
tandetna. Może czasem wręcz wyzywająca. Cóż, to mi się wtedy podobało, a może w
ten sposób szukałam, metodą prób i błędów, swojego stylu, który do dzisiaj bywa
dość widoczny. Są dni, gdy po prostu chcę się wyróżnić wyglądem, więc to robię.
Jednocześnie pracuję w poważnej instytucji, na wymagającym używania mózgu
stanowisku.
Jak wcześniej
wspomniałam, dzisiejsza młodzież szybciej dojrzewa. Dlatego też kolejne etapy
nadchodzą szybciej. To, co ja robiłam w wieku 15 lat, moja córka chce robić w
wieku lat 12. Nie zawsze mi się to podoba. Mojej mamie też nie zawsze podobało
się to jak wyglądałam. Ale ona to akceptowała. Zawsze. Mówiła, jeśli coś według
niej nie było fajne, ale tego nie zabraniała. Ja córce też zabraniać nie
zamierzam i cieszę się, że w szkole nikt jej z tego powodu oceniać nie będzie.
Jakiś czas temu
zapragnęła pofarbować końce włosów na fioletowo. Namówiłam ją na zmywalny
szampon, żeby w razie niefajnego efektu, mogła się go pozbyć. Niestety okazało
się, że ma zbyt ciemne włosy i efekt był niemal niewidoczny. Od niedawna ma
problemy z cerą. Niewielkie, ale widoczne. Kupiłyśmy więc korektor, puder,
dobierając kolory do odcienia jej skóry. Zatuszowanie wyprysków poprawia jej
samopoczucie, więc nie widzę powodów, dla których miałabym jej tego zabraniać.
Zapragnęła czasem pomalować oczy. Uważam, że jest jej to niepotrzebne, ale
koleżanki się malują więc nie dziwię się, że ona też ma na to ochotę.
Pogadałyśmy o makijażu, poćwiczyłyśmy w domu, zobaczyła, że w jasnych beżach
jest ok, nie rzucają się mocno w oczy, ale są i to jest dla niej ważne.
Parę tygodni temu
jej rok młodsza koleżanka, jasna blondynka, pofarbowała włosy na brąz. Uważam,
że nie wygląda dobrze. Moja córka też twierdzi, że lepiej było jej w jasnych
włosach. Nie wiem co myśli sama zainteresowana. Rodzice pozwolili, chciała
odmiany, więc dlaczego nie?
Koleżanka jest
jedną z najlepszych uczennic w klasie, moja córka ma średnią 9,4 – w skali
4-10.
Do czego dążę? Do
tego, ze nie ma we mnie zgody na ocenianie ludzi po tym jak wyglądają. Jakie
noszą ubrania, fryzury, czy makijaż. I nie widzę problemu w tym, że nastolatka chce czymś się wyróżnić z tłumu, lub też do tego tłumu upodobnić.
Nie podobają mi
się wymalowane nastolatki z zielonymi włosami, ale jestem przekonana, że większość
z nich ma w głowach poukładane tak samo jak ich rówieśnice bez makijażu i
dziwnych fryzur. Oraz że wyrosną z tej stylistyki, a nawet jeśli nie, to rozumu
im to nie odbierze.
I mam nadzieję,
że przy staraniu się o pracę ich kwalifikacje będą ważniejsze od koloru włosów.
Świat się zmienia. To, co było nie do pomyślenia 100 lat temu, 50 lat później
stało się ok. To, co 20 lat temu lekko szokowało (chociażby pojawiające się
dopiero tatuaże nie będące pamiątką z więzienia), dzisiaj jest banałem.
Dzisiaj
wytatuowana, posiadająca na głowie czerwone dready nauczycielka przedszkolna
nie jest dla mnie przeszkodą, by w tym przedszkolu zostawić swoje pięcioletnie
dziecko (na marginesie – płci żeńskiej, mocno zainteresowane kwestiami makijażu
i często bywającą królikiem doświadczalnym wprawiającej się w malunkach na
twarzy siostry).
 |
| makijaż przed sobotnim wyjściem na zakupy :D |
A były ambasador
Stanów Zjednoczonych w Finlandii, którego miałam przyjemność poznać osobiście,
gdy pełnił tę funkcję, sam ze swojego „niedyplomatycznego” wyglądu stroił
żarty, co nie przeszkodziło mu (ani wygląd, ani żarty) cieszyć się szacunkiem i
dobrą współpracą z władzami Finlandii oraz dobrą opinią u swojego szefa,
ówczesnego prezydenta USA.
 |
| nie wiem, czy tatuaże są prawdziwe, natomiast kolczyk w uchu jest na 100%, sama widziałam, z bliska ;) |
Nie oceniajmy
ludzi po tym co widzimy. Uważam, że nie mamy do tego moralnego prawa. Po
prostu.