piątek, 22 marca 2019

Krótkie wakacje z młodszą córką.

Wróciłam wczoraj z kilkudniowego wypadu do Polski. Byłam tam z młodszą córką. Był to pierwszy wyjazd tylko nas dwóch. Wcześniej zawsze towarzyszyła nam starsza córka, a jeszcze wcześniej to właśnie starsza miewała okazje podróżować tylko ze mną.

Młodsza nie należy do najłatwiejszych dzieci. Czasami nie daje się wręcz lubić. Zbyt często coś jej nie odpowiada, zbyt często jęczy, marudzi, ba, wręcz wyje, gdy coś jej się nie spodoba. Ma 5 lat i chciałabym by już z tego jęczenia  wyrosła.

Pomysł wyjazdu tylko we dwie pojawił się dlatego, że starsza córka, trenująca wyczynowo gimnastykę estetyczną, poza trzema tygodniami latem, nie ma praktycznie dłuższych okresów wolnych od treningów. A młodsza na tym traci, bo ciągle nie mamy kiedy gdzieś pojechać, ani odwiedzić rodziny w Polsce.

I wiecie co? To był strzał w dziesiątkę. Poza domem, mając mnie tylko dla siebie, młoda była całkiem innym dzieckiem. Owszem, w domu też często jesteśmy tylko we dwie, bo starsza wiecznie jest na treningach, ale to nasze „we dwie” jest regulowane załatwianiem różnych spraw, jeżdzeniem po starszą, w sezonie całodniowymi zawodami, w których startuje, na które młodsza niby chce jeździć, ale potem się nudzi. Generalnie nasz grafik jest zawsze mniej lub bardziej podporządkowany grafikowi starszej córki.

A podczas tych krótkich wakacji młodsza nagle miała całą moją uwagę, plan dnia regulowały nasze wspólne sprawy, w których nikt ani nic nam nie przeszkadzało. Dzięki temu mała budziła się w dobrym humorze i w takim zasypiała. Dzięki temu przez cały dzień była radosna, ja nie musiałam jej poganiać, tłumaczyć, że musimy, nie ma wyjścia, trzeba i już. Bo nic nie było trzeba. Mnie też było łatwiej, bo nie musiałam dzielić swojej uwagi, podejmować decyzji, z których zawsze jedna z dziewczynek byłaby niezadowolona (dziwnym trafem, mając do wyboru dwie opcje, zawsze jedna wybiera jedną, a druga drugą i wtedy ja, podejmując decyzję, zawsze dla jednej z nich jestem zła mama), słuchać obu równocześnie i starając się obie usłyszeć.

Miała też babcię i dziadka tylko dla siebie, co nigdy wcześniej się nie zdarzyło.
 
 
Tak sobie myślę, że teraz czas pomyśleć o quality time dla starszej. Ona zupełnie nie bywa ze mną sam na sam. Bo albo ja jestem w pracy, a ona w szkole, albo ona jest na treningu, z którego wraca wieczorem, gdy w domu jest komplet, a ja mam różne sprawy na głowie. Albo są wakacje i wtedy dziewczynki muszą się mną dzielić od rana do nocy. Kilku dni zorganizować chyba się nie da, ale choćby się waliło i paliło, muszę dać sobie i pierworodnej szansę na spędzenie chociażby połowy dnia razem.

Niby wiedziałam to od zawsze, ale teraz dobitnie się przekonałam, że każde dziecko potrzebuje mamy i jej uwagi tylko dla siebie. Takiej na 100%. Bez „przeszkadzaczy”.  Zresztą nie tylko mamy. Taty też. Dlatego wiem, że i starsza skorzystała na tym, że wyjechałam z młodszą, bo cały wolny od obowiązków czas spędziła z tatą, który miał do zaopiekowania tylko ją.

 
Dlaczego mamy tak mało urlopów, a doba jest taka krótka? Mam nieustające wrażenie, że coś mi umyka. A dzieci rosną tak szybko i trzeba znaleźć dla nich czas. Choćby nie wiem co.

 

wtorek, 12 marca 2019

Paszportowe przeboje, czyli fińska farsa biurokratyczna.


Rzadko narzekam na Finlandię, bo poza klimatem i cenami nie bardzo mam się do czego na co dzień przyczepić. Ale cyrk, jaki wyszedł z paszportem mojej córki godny jest opisania, bo chyba nie wszędzie można podobny spotkać ;)
Zacznę od tego, że kwestia wyrobienia fińskiego paszportu zaczyna się od zrobienia zdjęcia u fotografa, który to fotkę w wersji elektronicznej wysyła od razu do systemu obsługiwanego przez policję bo to ten urząd wystawia w Finlandii dowody osobiste i paszporty. Klient dostaje kod zdjęcia, który wpisuje w kwestionariusz wypełniany online. Wypełnienie kwestionariusza kończy się dokonaniem przelewu, po czym po otrzymaniu potwierdzenia czeka się na sms-a z informacją, że paszport gotowy jest do odebrania w najbliższym domowemu adresowi kiosku, w którym działa punkt pocztowy.  Całość trwa 5-8 dni roboczych (przed sezonem urlopowym może trwać dłużej, bo wtedy ludzie najczęściej zauważają, że im się dokumenty przeterminowały).

W przypadku dziecka, które jeszcze nie zostawiło na policji swoich odcisków palców wymagana jest wizyta na policji w celu identyfikacji, czyli sprawdzenia, czy dziecko ze zdjęcia jest tym samym dzieckiem, które przyszło. Wystarczy, że przyjdzie z nim jeden rodzic, posiadający pisemną zgodę drugiego rodzica na wydanie dziecku paszportu. Zgoda musi posiadać podpis i pesel, nikt jednak nie sprawdza, czy to naprawdę ten drugi rodzic się podpisał ;)
Dwa tygodnie temu zrobiłam młodszej córce zdjęcie, wypełniłam kwestionariusz online, po czym pojechałam na policję pokazać dziecko. Po kilku dniach przyszedł sms, że paszport czeka na odebranie. Pojechałam, pamiętając by wziąć swój polski paszport, ponieważ z fińskich dokumentów posiadam wyłącznie prawo jazdy, a to od pierwszego stycznie tego roku nie jest uznawane za dokument tożsamości (wcześniej na prawko  załatwiało się wszystko, łącznie z kredytami, zakładaniem kont w bankach itp. dlatego niewielu Finów posiada dowód osobisty, bo nikomu nie był on do niedawna potrzebny).

Podałam pani w kiosku numer przesyłki, ona zapytała o dokument tożsamości. Pokazałam paszport. Ona na to, że musi być fiński dokument. Ja na to, że nie posiadam, ale mój polski paszport jest ważny. Ona, że nie do odbioru fińskiego paszportu dziecka. Ja na to, że przecież to moje dziecko, więc niby kto ma ten paszport odebrać. Ona, że ojciec dziecka, ze swoim paszportem lub dowodem. Ja, że ojciec dziecka nie ma dowodu, a paszport ma przeterminowany. Ona na to, że w takim razie nie wie. Kropka. Zdębiałam.
Mówię, że nie posiadam fińskiego paszportu, bo nie jestem Finką. Ale moje dziecko potrzebuje dokumentu, więc legitymując się paszportem kraju należącego do Unii Europejskiej chciałabym ten dokument odebrać. Pani, że jeśli jej nie wierzę, może zadzwonić do przełożonego. Zadzwoniła, a on to samo – musi być fiński dokument tożsamości.

Poleciałam do domu, weszłam na strony fińskiej policji i faktycznie, jak wół stoi, że odbierając paszport należy legitymować się dokumentem wystawionym przez fiński urząd. Ale nie mogąc osobiście odebrać, można kogoś upoważnić. Kogoś, kto posiada fiński dokument tożsamości.
Znalazłam wzór upoważnienia – dane jakie trzeba było wpisać to wyłącznie moje imię, nazwisko i podpis (nawet bez pesela) oraz imię i nazwisko osoby upoważnionej, wraz  z jej peselem.

Przygotowałam upoważnienie w 2 minuty, poprosiłam znajomą by ten nieszczęsny paszport odebrała. Dostała go bez problemu.
 
 

A ja nie mogę wyjść z podziwu, że mój nie sprawdzony przez nikogo podpis, którym mógłby być dziełem kogokolwiek, ma większą moc niż aktualny paszport  Rzeczypospolitej :D
Takie rzeczy to tylko w Finlandii moi drodzy J

PS. Dyskutując o swoim przypadku z Polkami mieszkającymi w Finlandii dowiedziałam się, że był przypadek, gdy kobieta nie posiadająca dokumentu, upoważniła do odbioru swojego paszportu pracownicę kiosku, w którym ten paszport był do odebrania. Ze też na to nie wpadłam, gdy wściekałam się przy półkach z gumami do żucia i batonikami ;)