Czasem jednak i mnie dopada stan „znowu w życiu mi nie wyszło”. Jak chyba wszystkich. Wtedy pozwalam sobie na smutek. Na trochę poużalania się nad sobą. Na pomarudzenie, pojęczenie, czasem łzy. Ale choćby nie wiem jak dotkliwa była porażka, rozczarowanie, czy zawód, nie znoszę tkwić w takim stanie dłużej niż kilka dni. Bo on do niczego nie prowadzi, a już na pewno nie do poprawy sytuacji.
Każdy jest kowalem swojego losu. Jasne, nie wszystko zależy od nas. Czasem od innych ludzi, od przypadku, od szczęścia lub jego braku. Ale od nas zależy, czy utkwimy w tym swoim niepowodzeniu i będziemy marnować życie w poczuciu, żewszystko jest nie tak, czy spróbujemy coś zmienić. Nie musi się udać od razu, za pierwszym razem. Nie musi za drugim. Nawet jeśli się nie uda, można znaleźć w tym jakiś sens, czy coś pozytywnego. Kiedyś, dawno temu, mój angielski kolega powiedział mi, że „everything happens for a reason”, czyli wszystko dzieje się po coś. Nawet porażka. Nawet rozczarowanie. Coś w tym jest. Nawet jeśli w piewszej chwili wydaje się, że coś, co odbierzemy jako przegraną, na dłuższą metę otworzy nam możliwości, które nie pojawiłyby się, gdyby przegrana nie nastąpiła.
W zeszłym roku zdarzyło się coś, co sprawiło, że na dłuższą chwilę straciłam grunt pod nogami i duże plany na życie. Oraz wiarę w ludzi i w to, że przyszłość będzie kolorowa. Ale tylko na chwilę. Dałam sobie wtedy prawo do bycia słabą, ale też tylko przez chwilę. Na dłużej nie mogłam sobie pozwolić. Ale też nie chciałam. Bo jeśli coś nie wypaliło, to znaczy, że tak miało być. Ba, po wielu przemyśleniach, doszłam do wniosku, że dobrze, że tak się właśnie stało, bo uratowało mnie to przez decyzjami, które niekoniecznie wyszłyby mi na dobre. Przed ludźmi, którzy niekoniecznie byli tacy, jakimi mi się wydawali.
Później okazało się, że dzięki temu, że coś nie wyszło, wyszło coś innego. A nawet kilka cosiów. Nie patrzę wiec w tył, bo nie warto. Ważniejsze jest tu i teraz oraz jutro. A o jutro muszę sama zadbać, bo nikt inny tego za mnie nie zrobi.
W tym roku również parę niekoniecznie fajnych spraw mnie dopadło, coś się nie udało. Ostatnio nawet w tym tygodniu. I tak, jest mi smutno, czuję się rozczarowana, zastanawiam się, co zrobiłam nie tak ale i czy w ogóle coś nie tak zrobiłam, czy może tak po prostu miało być. Ale mimo tego widzę też pozytywne drobiazgi i nie zamierzam siedzieć i jęczeć. Jest jak jest i trzeba to tak przyjmować, by było dobrze. Zresztą nigdy przecież nie jest tak źle, żeby nie mogło byc gorzej ;)
Jeśli więc tkwicie w czymś, co wydaje Wam się bez sensu, bez przyszłości, w czym się nie ralizujecie, czy czujecie źle, to albo ruszcie tyłki by to zmienić lub zostawić za sobą, albo, jeśli tak się nie da (bo nie zawsze się da, przynajmniej od razu), spróbujcie znaleźć pozytywy sytuacji, nie trzymajcie się kurczowo negatywów.
Co i ja zamierzam uczynić, gdy trochę się nad sobą poużalam (do czego każdy ma prawo, byle by tylko nie przesadził i nie utknął w tym użalaniu na wieki). Bo życie jest fajne, trzeba tylko umieć to zauważyć J