Początki
faktycznie nie były łatwe. Owszem, pierwsze słowa córka wypowiedziała po
polsku, jednak kolejne i następne, później całe zdania, jakieś wierszyki,
pierwsze piosenki – to wszystko przyswajała w przedszkolu. Sprawy nie ułatwiał
fakt, że zdarzało mi się pracować wieczorami,
a także wyjeżdżać służbowo na parę dni. Wtedy jednak tata puszczał jej
bajki po polsku, a gdy nie chciał, by gapiła się w ekran, włączał
polskojęzyczne, ale nie interesujące jej kanały w tv, by przynajmniej
osłuchiwała się z językiem, gdy mnie nie było. Ja, po pracy, poświęcałam jej
100% swojego czasu – czytałam książki, mówiłam non stop (z tym nigdy nie miałam
problemu, trudniej jest mi być cicho ;)
), a gdy ona zwracała się do mnie po fińsku, powtarzałam to co powiedziała,
tłumacząc na polski, w stylu:
- Acha,
chciałabyś jabłko, tak? Mówisz, że
fajnie bawiłaś się dzisiaj z Anną?Ponieważ miałam dość częsty kontakt z polską ambasadą oraz kilkoma mieszkającymi w Finlandii Polkami, wiedziałam, że istnieje klub polskich przedszkolaków, założony przez polskich rodziców i przez nich społecznie prowadzony i gdy córka miała około dwóch lat, zaczęłam jeździć z nią na weekendowe spotkania, na których rodzice na zmianę poruszali różne tematy, dotyczące Polski lub nie, organizowali dzieciom zabawy, zajęcia plastyczne, a wszystko odbywało się w języku polskim. Nie pamiętam już dokładnie kiedy córka zaczęła się na tych zajęciach wypowiadać, na pewno trochę czasu to jej zajęło, nie mniej jednak od pierwszego razu bardzo te spotkania polubiła. Ja też, ponieważ poznałam tam kilka fajnych polskich mam, z którymi zaczęłam spotykać się również po godzinach, bez dzieci ;)
Generalnie – córka rozumiała po polsku wszystko. Ale odpowiadała po fińsku. Przełom nastąpił gdy miała trochę ponad 3,5 roku, w czasie letnich wakacji w Polsce. Wtedy sama z siebie zaczęła mówić. Niemal bezbłędnie, bez akcentu, jakby praktycznie od urodzenia mieszkała w Polsce. Do tego stopnia się w to wczuła, że po powrocie do domu, do taty, który z nami w Polsce nie był, też zaczęła zwracać się po polsku. Od tego czasu jest doskonale dwujęzyczna. Śpiewa polskie piosenki, których ją nauczyłam, z wyboru ogląda polskojęzyczną telewizję, czyta polskie książki. Jasne, fiński zawsze będzie jej językiem dominującym, zawsze będą zdarzały się wplecione w polską wypowiedź fińskie słowa (cóż, to zdarza się i mnie oraz znakomitej większości ludzi mieszkających za granicą), być może zasób słownictwa polskiego ma trochę mniejszy niż fińskiego. Ale zupełnie nie oczekuję, że będzie inaczej. W końcu Finlandia jest jej ojczyzną, tutaj mieszka od urodzenia, chodzi do szkoły, funkcjonuje, tutaj ma przyjaciółki, zajęcia pozaszkolne, tutaj jest jej świat.
Trochę inaczej
sprawa wyglądała w przypadku mojej młodszej córki, z którą zostałam w domu
ponad 2,5 roku. Z tego powodu polski był dla niej językiem, którego nauczyła
się najpierw. Oczywiście fiński przyswajała równolegle, ale jednak miała z nim
do czynienia w mniejszym wymiarze, bo tata był dużo mniej obecny niż ja i
siostra, która też mówiła do niej od początku po polsku. Idąc do przedszkola
mała mówiła po polsku na poziomie wyższym niż przeciętny 2,5 latek mieszkający
w Polsce, ponieważ zaczęła mówić bardzo wcześnie i szybko się w tym kierunku
rozwijała. Fiński stanowczo pozostawał w tyle. Teraz, po 2,5 roku spędzonych w
przedszkolu, poziom obu języków się wyrównał, niestety nasiliło się mieszanie,
natomiast zupełnie brak obcego akcentu zarówno w języku fińskim, jak i polskim .
Wiem, że prędzej czy później jej dominującym językiem stanie się fiński, ale
to normalna kolej rzeczy gdy mieszka się w Finlandii.
Wiem, że
rodzice na całym świecie miewają problemy z tym, by nakłonić dzieci do mówienia
po polsku. U nas ten problem istniał wyłącznie na początku i wyłącznie w
przypadku starszej córki. Jednak byłam nieugięta, ponieważ raz – nie wyobrażam
sobie rozmawiać z własnym dzieckiem w nie swoim języku, a dwa – nie do
przyjęcia dla mnie byłby fakt braku porozumienia córek z rodziną w Polsce. Przy obu córkach, raczej intuicyjnie niż świadomie, zastosowałam system zwany OPOL, czyli One Parent One Language (po polsku – jeden rodzic, jeden język). System ten polega na tym, że w przypadku rodzin dwunarodowościowych każdy rodzić mówi do dziecka w swoim języku. Według mnie jest to najważniejsze na początku, gdy dzieci uczą się mówić. Daje im to wyraźny sygnał do tego, że nie ma co kombinować, mama ma swój język, tata swój i aby się z obojgiem dogadać, prędzej czy później trzeba się dostosować. Zgoda na porozumiewanie się w jednym tylko drugim na etapie pierwszych paru lat, może skutkować tym, że dziecko po prostu odmówi mówienia w języku mniejszości. A szkoda.
Przyswajanie
jednocześnie dwóch języków jest dla małych dzieci czymś automatycznym, nie
wymagającym specjalnego skupienia, metod, czy wkuwania słówek. One po prostu
uczą się rozumieć mówić, tak jak dzieci jednojęzyczne. A przy tym mają
dodatkowy faktor stymulujący rozwój ich mózgu, bo jednak trochę więcej muszą
ogarnąć. Nauka języka w późniejszym wieku to ciężka praca, wkuwanie na pamięć,
zapamiętywanie reguł gramatycznych oraz niestety obcy akcent, ponieważ narząd
mowy kształtuje się podczas opanowywania przez dziecko umiejętności mówienia. W
późniejszym wieku mięsnie, ścięgna i cała reszta nie są już tak podatne i
elastyczne, przez co prawidłowe wymówienie różnych dźwięków charakterystycznych
dla różnych języków, staje się po prostu niemożliwe, albo przynajmniej bardzo
trudne do opanowania.
Dlatego też
uważam, że warto zawalczyć o dwujęzyczność dzieci w rodzinach mieszanych, czy
też mieszkających za granicą, mimo, że nie zawsze jest to łatwe, lekkie i
przyjemne. Dzieci czasem się buntują, odmawiają, obrażają. Ale jestem
przekonana, że gdy dorosną, będą wdzięczne rodzicom za to, że nie odpuścili. Bo co
dwa języki to nie jeden, a każdy następny jest dzięki tej umiejętności łatwiej
opanować.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz