Obserwując świat, rozmawiając ze znajomymi,
czytając blogi, czy obserwując konta blogerek w mediach społecznościowych zauważam
dwa macierzyńskie trendy – męczeński oraz cukierkowy ;) Oraz trzeci, mieszankę
tych dwóch. Moje doświadczenia wpisują się właśnie w ten trzeci.
Uważam macierzyństwo za świetną sprawę. Nie
traktuję go jako misji, nie zamęczam się poczuciem obowiązku wychowania dzieci
według jakiegoś z góry przyjętego planu. Nie mam potrzeby naciskać na mega
wypasioną edukację. Nie szaleję ze sztywnym przestrzeganiem zasad dobrego
odżywiania. Nie żyję w wiecznym stresie w związku ze zdrowiem dzieci, czy ich
bezpieczeństwem. Nie drżę o ich przyszłość. Chcę by były szczęśliwe, by same
dokonywały życiowych wyborów, w których bez względu na wszystko zawsze będę je
wspierać. By wiedziały, że z każdym problemem, przewinieniem, dylematem, ale
też radością, osiągnięciem i całą resztą mogą zawsze przyjść do mnie. O każdej
porze dnia i nocy.
Moje dzieci uczą się tyle ile zakłada to
przedszkole i szkoła. Jedzą słodycze. Gapią się w tablet i telefon.
Ale również rozmawiają ze mną o świecie, o
ludziach, o wszystkim, o czym chcą rozmawiać. Ich dieta jest zbilansowana i
zawiera wszystko co powinna (plus to, co nie do końca jest potrzebne, ale w
rozsądnych ilościach krzywdy wielkiej nie wyrządzi). Czytają książki (lub ja im
czytam), chociaż za tym nie przepadają. Obserwują, komentują, rozczulają i
wkurzają.
Starsza córka uprawia wyczynowo sport, przez
co mamy dla siebie bardzo mało czasu. Młodsza chodzi do przedszkola i cały czas
poza nim praktycznie spędza ze mną.
Generalnie i oficjalnie nie lubię dzieci. Moje
własne to co innego ;) Ale i z nimi nie lubię się bawić. Nie lubię chodzić na
plac zabaw. Nie lubię organizować aktywności plastycznych.Najtrudniejszy, najnudniejszy dla mnie okres w macierzyństwie to ten, gdy dziecko jest w wieku przedszkolnym. Uwielbiałam spędzać czas z moimi niemowlakami, obserwować jak zmieniały się i praktycznie każdego dnia uczyły czegoś nowego. Teraz lubię rozmowy z dwunastolatką – o ciuchach, o koleżankach, o muzyce, czy tez tej jej gimnastyce. Z pięciolatką mam problem. Na szczęście ten wiek przedszkolny mamy już prawie z głowy ;) Jeszcze rok z kawałkiem i młoda stanie się bardziej samodzielna, pójdzie do szkoły, zacznie budować swój własny świat i ze mną będzie chciała dyskutować, a nie bawić się lalkami. Już jest lepiej niż kilka miesięcy temu.
W tej chwili jest taki czas, że praktycznie
wszystkie moje chwile poza pracą podporządkowane są dzieciom. Byciu z młodszą,
planowaniu strojów na przedszkolne imprezy, kupowaniu prezentów urodzinowych
dla koleżanek, wyprawom na nudne place zabaw i w inne atrakcyjne dla niej
miejsca. Wspieraniu starszej w jej pasji – wożeniu, przygotowywaniu posiłków,
by wpadając na chwilę do domu między szkołą, a treningami, gdy ja jestem
jeszcze w pracy, zjadła coś porządnego, co dostarczy jej „zdrowej” energii na
3-3,5 godzinny wysiłek. Rozmawianiu o sukcesach i porażkach na zawodach, a gdy
trzeba – przyklejaniu pierdyliarda dżetów do strojów, w których startuje w
zawodach. Bywam zmęczona, miewam dość. Narzekam. Wkurzam się na młodszą, bo
jest strasznie humorzasta, na starsza, gdy wywraca oczami na wszystkie strony,
bo dopada ja lekki buncik wieku dojrzewania. Na obie za wieczny bałagan.
Ale nie czuję, żebym cokolwiek poświęcała,
traciła. Matką zostałam dość późno, wcześniej zdążyłam przeżyć dużo. Miałam
czas i pieniądze wyłącznie do swojej dyspozycji. Korzystałam z tego bez
ogródek. A gdy był już kandydat na ojca moich dzieci, a ja dojrzałam do
macierzyństwa, byłam gotowa zrezygnować z tego, co wcześniej wypełniało moje
życie. Z radością. I z radością się w tym macierzyństwie zanurzyłam. Bo ono
jest fajne. Trzeba tylko pamiętać, by go sobie nie obrzydzić zbyt wysoko
postawioną poprzeczką. Bo to ma być radość, a nie udręka J Jedno jest pewne. Narodziny dziecka, zwłaszcza pierwszego, przewartościowują świat. Ja, gdy urodziła się moja pierwsza córka, stałam się całkiem inną osobą. Swoje uczucia opisałam wtedy tak:

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz