Dzisiaj bedzie powtórka, czyli kopia mojego tekstu z poprzedniego bloga
o fińskim (oraz bardzo już moim) podjeściu do infekcji wirusowych u dzieci.
Dzieci się
przeziębiają. Niektóre nawet kilkanaście razy w roku. Zwłaszcza, gdy zaczną
uczęszczać do żłobka, czy przedszkola i zetkną się z wirusami roznoszonymi
przez inne dzieci. Przeziębienia dzieci powyżej roku, chociaż spędzają sen z
oczu rodziców, a głównie mam, nie są specjalnie groźne, a wręcz odwrotnie –
pomagają dziecku w wyrobieniu odporności. Organizm powinien sam sobie z takim
wirusowym przypadkiem poradzić, zresztą na wirusy tak naprawdę nie ma leku. Jako
mama nie lubiąca zbędnych medykamentów, nie potrafię pojąć polskiego fenomenu
setek pseudoleków dostępnych bez recepty, którymi ludzie faszerują siebie i
swoje dzieci, gdy te parę razy kichną, czy kaszlną. Albo wręcz zapobiegawczo.
Gdy moim córkom
zdarzy się infekcja wirusowa (a młodszej zdarzała
się dość często w pierwszym roku w przedszkolu, czym doprowadzała
mnie do rozstroju nerwowego, ponieważ nie mogąc machnąć ręką na pracę, musiałam
godzić ją z zajmowaniem sie młodą w domu), w ruch idzie nebulizator oraz sól
fizjologiczna. Nie wiem na czym polega jej cudowne działanie, ale gdy
przeziębienie dopiero się rozkręca, kilka nebulizacji w ciągu dnia potrafi je
skutecznie zatrzymać. A gdy jednak zaraza się
rozszaleje, wdychanie chmury z soli fizjologicznej nawilża gardło,
łagodzi kaszel, chyba trochę też rozrzedza wydzielinę w drogach oddechowych,
ułatwiając jej odkrztuszanie, co zapobiega odkładaniu się, a co za tym idzie –
rozwojowi zapalenia oskrzeli.
W przypadku
gorączki, zbijam ją paracetamolem lub ibuprofenem, ale to praktycznie jedyne dostępne
bez recepty leki dla dzieci, które mam zawsze w domu.
Jeśli któraś z
córek ma katar, a więc i zatkany nos, stawiam na noc w pokoju talerzyk z
posiekaną cebulą. Śmierdzi okrutnie, ale ułatwia oddychanie koncertowo. Starsza
życzy sobie czasami kilka kropli olejku mentolowego lub eukaliptusowego na
piżamę, to też pomaga. Jeśli nie ma gorączki, korzystamy tez z sauny parowej,
którą mamy szczęście posiadać.W przypadku kaszlu staram się skłonić dziewczynki do popijania ciepłej wody z miodem, domowego syropu z cebuli (posiekana cebula plus miód) lub naparu z tymianku ( z dość marnym skutkiem).
Gdy słyszę, że kaszel się rozkręca, a drogi oddechowe są zapchane wydzieliną, do akcji wkracza ventolin. To lek na receptę, z założenia przeciwko astmie, w praktyce lekarze w Finlandii przepisują go w również przypadku zapalenia oskrzeli, ponieważ rozszerza on drogi oddechowe, pomagając w ten sposób pozbyć sie wydzieliny podczas kaszlu. Od kiedy używam nebulizatora, proszę zawsze o ventolin w postaci do nebulizacji (normalnie przepisują lek w syropie, nebulizatory nie są tutaj popularne, nie mam pojęcia dlaczego), a nasz lekarz, wiedząc, że nie nadużywam farmaceutyków, sam z siebie przepisuje mi jednorazowo większą ilość, bym nie musiała za każdym razem lecieć do niego po receptę. On sam jest zwolennikiem rozprawiania się z chorobami właśnie w ten sposób, więc nawet gdy stwierdził raz, czy drugi, że mamy do czynienia z początkami zapalenia oskrzeli, tylko te nebulizacje zalecił i one wystarczyły.
Nie namawiam
nikogo do lekceważnia przeziębienia, przechodzone bardzo łatwo może
przekształcić się w bakteryjną infekcję, wiec kilka dni w domu, bez szaleństw i
wielkiej aktywności jest wskazane. Ale właśnie odpoczynek, zwolnione tempo i
nawilżanie dróg oddechowych powinno wystarczyć.
Fińskie
zalecenia mówią (a ja się ich trzymam, bo uważam je za rozsądne), że należy zabrać
dziecko do lekarza gdy:
- objawy przeziębienia wystąpią
u niemowlęcia poniżej trzeciego miesiąca życia
- gorączka
utrzymuje się dłużej niż trzy dni
-
zauważymy, że dziecko ma trudności z oddychaniem, jego oddech jest ciężki,
świszczący, mocno przyspieszony
Ale i wtedy
antybiotyk, czy inne leki nie zawsze okazują się potrzebne. Ale jeśli już, to
pamiętajmy o probiotykach. I to nie tylko w trakcie kuracji antybiotykowej, ale
i ładnych kilka miesięcy po, ponieważ antybole oprócz złych bakterii, zabijają
w naszych organizmach również te dobre, a co za tym idzie – osłabiają nasza
odporność i trzeba sporo czasu, by ją od nowa wypracować, a probiotyki mają nam
w tym pomóc.
Jeśli chodzi o
niemowlęta, to nie ma mowy o podawaniu jakichkolwiek medykamentów bez
porozumienia z lekarzem. Inhalacje solą fizjologiczną, leki zbijające gorączke
to jedyne specyfiki, które odważyłabym sie dać takiemu maluszkowi.
Wiem, że w
Polsce lekarz jest niezbędny przy każdym przeziębieniu, by wypisać rodzicowi
zwolnienie, jeśli bym musiała, też bym chodziła, natomiast na pewno nie
wracałabym z takiej wyprawy z torbą
pełną rutinoscorbinów, wapna, witamin, czy jakichś preparatów, które ponoć
wspomagają walkę z wirusami, ponieważ uważam, że w ten sposób pozabawiałabym
organizmy córek umiejętności samodzielnego sobie z nimi radzenia. W tej kwestii
jestem bardzo fińska i dobrze mi z tym ;)
Jeśli nie macie dość czytania o przeziębieniach, zapraszam do artykułu, mojego pióra:
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz