środa, 26 września 2018

Finowie i kawa.

Finowie to naród uwielbiający kawę. Od lat, w raportach dotyczących jej spożycia, zajmują pierwsze miejsce z około 10  kilogramami na osobę rocznie.  Dla porównania, Włosi, naród słynący ze swoich espresso, cappuccino itp. spożywają  tylko 5,7 kilogramów, a Hiszpanie jeszcze mniej – 4,5 kilograma rocznie.

Kawa w Finlandii to napój, który pije się przez cały dzień. Poranek bez kawy to coś nie do przyjęcia. Przerwy na kawę w pracy to świętość. Kawa popołudniowa to oczywistość. Każdy szanujący się Fin posiada w szafce porządny zapas kawy, a przynajmniej ze 2-3 paczki. Nie ma takiej możliwości, by kawy mogło zabraknąć.
W typowo lunchowych restauracjach, kawa jest wliczona w cenę obiadu, można wypić jej ile się da radę. U fryzjera kawa w dzbanku to podstawa. W stacjach przeglądu samochodów również. Finowie są w kawie po prostu zakochani.
Za to cudzoziemcy maja na jej temat odmienne zdanie, co można wyczytać z wyrazu twarzy prezydenta Francji Emanuela Macrona, który został poczęstowany przez prezydenta Finlandii, podczas ich spotkania w Helsinkach :D



W dobie wypasionych ekspresów ciśnieniowych, Starbucksa, cafe latte i innych macchiato, skromni Finowie pozostają wierni prostym ekspresom przelewowym. Kawa z fińskich palarni jest grubo mielona, posiada różny stopień uprażenia i stanowi dumę narodową. Ludzie zza granicy uważają ja za lurowatą, kwaśną (tu poradziłabym spróbować takiej mocniej prażonej, kwaśny posmak jest w niej mniej odczuwalny niż w tej jasnej, którą wybiera 78% Finów), żeby nie powiedzieć – prymitywną.
 
 

Kawa w dzbanku, w restauracji, czy poczekalni warsztatu samochodowego często stoi dość długo na podgrzewaczu i niestety traci na smaku. Jednak Finom to nie przeszkadza. Cóż – siła przyzwyczajenia ;) Picie kawy to nawyk, który jest tak samo popularny w sąsiedniej Szwecji, co zauważyłam czytając namiętnie szwedzkie kryminały – bohaterzy ciągle namiętnie sięgają po ten napój.
Jako szanująca się wieloletnia mieszkanka krainy Muminków uległam mu doszczętnie.
Bez kawy nie otwieram rano oczu.
 
 W drodze do pracy popijam ją z kubka termicznego.
 
 W pracy z ulubionego, emocjonalnie dla mnie ważnego kubka w motyle.
 
 Kawa musi być i już. Z „mlekiem” owsianym (krowiego nie używam) lub czarna z cukrem. W sytuacjach awaryjnych, gdy nie mam pod ręką ekspresu, może być rozpuszczalna. Natomiast nie wezmę do ust nawet łyka tradycyjnej polskiej „plujki”. Nie i już.

A gdy nie piję kawy, sięgam po białą herbatę, rooibos lub herbaty owocowe.

I tym różnię się jeszcze od Finów, którzy nie są herbaciani, chociaż i tak piją jej więcej niż ponad 16 lat temu, gdy wylądowałam po tej stronie Bałtyku.  Ale o tym może innym razem.

poniedziałek, 24 września 2018

Nowy szpital dziecięcy w Helsinkach

Szóstego września tego roku otwarto w Helsinkach nowy szpital dziecięcy. Ogromny projekt zapoczątkowany ładnych kilka lat temu, doczekał się finału.

foto:internet

Fińskie dzieci (jest to szpital, w którym będą leczone dzieci z całej Finlandii) otrzymały mega nowoczesne, przyjazne, stworzone specjalnie dla nich miejsce, w którym oprócz tego, że będą wyganiane z ich organizmów choroby, będzie miło przebywać, czy to na pobytach dziennych, czy na leczeniu wymagającym dłuższego „pomieszkania” w tej placówce.
hall-poczekalnia (foto:Antti Aimo-Koivisto / Lehtikuva)
 
Projekt szpitala od pierwszej kreski zakładał przede wszystkim poszanowanie i przestrzeganie praw dziecka. Mali pacjenci mają więc zapewnioną prywatność, zaspokojoną potrzebę zabawy i rozwoju, a także bliskość rodziców bez względu na porę dnia i nocy.

Poza najnowocześniejszym wyposażeniem diagnostycznym i najlepszymi specjalistami, szpital oferuje wszystkim pacjentom jednoosobowe pokoje z kanapami, na których mogą nocować rodzice, małymi lodówkami oraz łazienkami. Na terenie szpitala znajdują się miejsca, w których rodzice mogą odpocząć, poczytać, czy pobawić się ze zdrowym rodzeństwem pacjenta, a także przygotować sobie coś do jedzenia.
pokój pacjenta (foto:Antti Aimo-Koivisto / Lehtikuva)
 
Oddział pobytu dziennego jest duży, tak, by jak największa ilość pacjentów z okręgu stołecznego mogła po przyjęciu leków lub poddaniu się drobnym zabiegom, mogła wracać na noc do domu. A jeśli zdarzy się dłuższy pobyt w szpitalu, oferuje on różnorodne sale zabaw, jak na przykład sala balowa, atelier artystyczne, pokój do zabaw w piasku i wodzie, a dla młodzieży sala gier ze stołem bilardowym. Spokoju i bezpieczeństwa w salach dla najmłodszych pilnuje wykwalifikowana kadra pedagogiczna.
pokój zabaw (foto:Antti Aimo-Koivisto / Lehtikuva)

pokój młodzieżowy (foto:Antti Aimo-Koivisto / Lehtikuva)
 
Szpital jest ogromny, nafaszerowany najnowocześniejszą technologią, każdy jego szczegół został przemyślany i zaplanowany tak, by służył małym pacjentom jak najlepiej. Nasuwają się pewnie komentarze, że jasne, w bogatej Finlandii można sobie na taki wypasiony szpital pozwolić, że łatwo się chwalić, mieszkając w kraju znanym z doskonałej opieki socjalnej i dobrobytu. Myślę, że jednak warto przedtem zapoznać się z historią tego projektu, który tak naprawdę był realizowany w latach kryzysu gospodarczego, z którego Finlandia mozolnie wychodziła wolniej niż inne kraje europejskie (poziom gospodarczy sprzed początku kryzysu, czyli sprzed 2011, udało się uzyskać ponownie dopiero w tym roku).
 
Oto ona.
Już w 2001 roku przedstawiciele opieki zdrowotnej doszli do wniosku, że wybudowana w latach 40. ubiegłego stulecia klinika dziecięca nie sprawdza się już jako główny szpital dziecięcy, w którym leczone są dzieci z całego kraju. Placówka stała się zbyt mała, była przestarzała i wymagała ciągłych remontów. Potrzebie wybudowania nowego, dużego, nowoczesnego szpitala dla fińskich dzieci stała się faktem.

W roku 2012 grupa wpływowych postaci ze świata kultury i biznesu założyła stowarzyszenie, którego zadaniem było przyspieszenie decyzji o budowie placówki dzięki zbiórce środków i datków  na ten cel.

Stowarzyszenie noszące nazwę Uusi lastensairaala 2017 (Nowy szpital dziecięcy 2017) rozpoczęło proces zdobywania środków na budowę szpitala w lutym 2013 roku. Celem było zebranie 30 milionów euro. Miały to być datki od firm oraz osób prywatnych. Cel osiągnięto 26. sierpnia 2014 roku. Jednak zbiórkę kontynuowano w kolejnych latach i ostateczny jej wynik wyniósł 38,6 miliona euro.

Jedną z najbardziej spektakularnych akcji charytatywnych był koncert Live Aid ULS2017, który odbył się 6. czerwca 2015, a wystąpiły na nim największe gwiazdy fińskiego rynku muzycznego. Przed koncertem, w ramach projektu muzycznego o tej samej nazwie, powstał utwór, w którego tworzeniu swój udział miał artysta o polskich korzeniach, Jurek Reunamäki. Utwór „Lohtu”  został wydany w postaci singla, powstał też do niego teledysk. Możecie go zobaczyć tutaj:

Budowa szpitala wystartowała w sierpniu 2014 roku. Inwestycja pochłonęła łącznie 175 milionów euro, z czego część stanowiły darowizny, część zapewniło państwo, a na resztę stowarzyszenie Uusi sairaala 2017 zaciągnęło kredyt, który regionalno-stołeczny urząd opieki medycznej będzie spłacał w formie czynszu przez kolejnych 30 lat.
Budowa zakończyła się w maju 2018. Kolejne miesiące upłynęły na urządzaniu wnętrz oraz wyposażania ich w sprzęt medyczny. Od dwóch tygodni startują stopniowo wszystkie oddziały.  Mam nadzieję, że moje dzieci nigdy nie będą potrzebowały korzystać z opieki szpitalnej. Cieszę się jednak, że te dzieci, które tego potrzebują, dostały to miejsce. Wszystkie dzieci świata oraz ich rodzice na takie zasługują.

poczekalnia dla rodzin na oddziale operacji (foto:Antti Aimo-Koivisto / Lehtikuva)

wtorek, 18 września 2018

O pasjach naszych pociech.

Gdy moja starsza córka miała 4 lata, dostała swoje pierwsze w życiu łyżwy. Nogi jej się rozjeżdżały, ale parła dzielnie do przodu. Gdy już utrzymywała się jako tako na lodzie, zapisałam ją do szkółki łyżwiarskiej, nie ukrywam, trochę z powodu dawnych niespełnionych marzeń o trenowaniu łyżwiarstwa figurowego. Zajęcia spodobały się córce, ale nie wsiąkła w nie po uszy, więc po pierwszej serii zajęć nie zapisałam jej na kolejną. Wspólnie zdecydowałyśmy, że spróbuje sił w szkółce pływackiej. To też było ok, chodziła na zajęcia chętnie, ale bez euforii.

Kolejne były zajęcia baletowe, chociaż stanowiły takie raczej pobrykiwanie niż prawdziwy balet. Mała miała już wtedy siedem lat i faktycznie dobrze się na tych hopsach czuła. Występy na koniec każdego sezonu były dodatkową motywacją, wtedy tez zauważyłam, że moje dziecko ma osobowość gwiazdy, kocha scenę, uwielbia być podziwiana, nie wie co to trema ;)
Któregoś dnia wróciła z zajęć i wręczyła mi karteczkę.

Na karteczce było napisane, że młoda jest bardzo elastyczna i podpisana niżej trenerka gimnastyki estetycznej, która szuka nowych talentów, zaprasza nas na nabór do zespołów o różnym stopniu zaawansowania. Przyznaję, wtedy po raz pierwszy w życiu usłyszałam o tej dyscyplinie.
Wygooglałam szybko.


Po fińsku było mnóstwo, w końcu to sport wywodzący się z Finlandii i, jak się okazało, ogromnie tu popularny. Młoda bardzo chciała iść na te eliminacje, więc poszłyśmy. Wyginano ją na wszystkie strony, kazano wykonywać karkołomne figury, a ja patrzyłam i czarno to widziałam ;) Po dwóch dniach otrzymałam informację, że młoda zakwalifikowała się do… grupy zaawansowanej w swoim przedziale wiekowym. Gtrupy trenującej trzy razy w tygodniu po 2,5 godziny. Tego zupełnie się nie spodziewałam, oczekiwałam raczej zaproszenia do drużyny zajmującej się gimnastyką rekreacyjnie, a tu takie wieści. Oczywiście córka, bardzo podekscytowana, natychmiast wyraziła chęć trenowania czegoś, o czym jeszcze kilka dni wcześniej nie słyszała. Ponieważ zaczynały się właśnie wakacje, zasugerowano, bym zapisała ją na tygodniowy gimnastyczny obóz stacjonarny odbywający się w czerwcu, by poznała swoje drużynowe koleżanki i zaczęła się rozciągać, aby nadrobić to,  czym inne dziewczynki zajmowały się niejednokrotnie już od ładnych kilku lat. Jednocześnie mogła się przekonać, czy to na pewno coś co chce robić.
To był strzał w dziesiątkę. Camilla wsiąkła w ten sport po same uszy.
Będąc w grupie 8-10 latek, nie brała udziału w zawodach. Jej drużyna brała udział w pokazach, nabierając w ten sposób doświadczenia. Po roku treningów i występów z grupą zaawansowaną, zaproponowano jej przejście do drużyny 10-12, ale na wyższy, poziom, na którym rywalizacja stała się faktem. Oznaczało to większą ilość treningów oraz konkurowanie z drużynami z całej Finlandii. A także z innych krajów, czego po raz pierwszy Camilla doświadczyła równo dwa lata po rozpoczęciu swojej gimnastycznej kariery, wyjeżdżając na zawody do estońskiego miasta Narva, gdzie jej drużyna zajęła nieoczekiwanie drugie miejsce, przegrywając jedynie z zawsze groźnymi Rosjankami. My, kibicujące na trybunach mamy, usmarkałyśmy się i spłakałyśmy z emocji, wzruszenia, sama nie wiem czego jeszcze ;)



Po zawodach w Narvie przyszła propozycja przejścia do drużyny reprezentującej w klubie najwyższy poziom w grupie wiekowej 10-12 lat. Wahałam się, wiedziałam, że treningów będzie jeszcze więcej, a oczekiwania wysokie, bo wybrane dziewczynki miały w przyszłości reprezentować klub na mistrzostwach Finlandii, a w razie dobrych wyników, po przejściu do grupy juniorskiej, czyli 14-16 latek, Finlandię na mistrzostwach Europy i świata. Jednak widząc błagalny wzrok dziecka, nie dało się odmówić. Warunkiem były dobre wyniki w nauce, albowiem trening 5 razy w tygodniu, trwający 2,5-3,5 godziny nie wróżył nadmiaru czasu na siedzenie nad książkami. Wyniki w miarę upływu czasu okazały się być lepsze niż kiedykolwiek wcześniej, co potwierdziło słowa trenerek, że osobo zajmujące się wyczynowo sportem są bardziej obowiązkowe, lepiej zorganizowane i można im zaufać. Podpisuję się pod tym obiema rękami, młoda odrabia lekcje w locie, między szkoła, a treningiem, ja tego nie widzę, bo jestem wtedy w pracy, nie muszę przypominać kontrolować, tak naprawdę nawet nie wiem co z którego przedmiotu ma akurat na tapecie...



Zeszły rok, pod znakiem Elite Kids, 10-12 latek konkurujących z kilkudziesięcioma zespołami z całego kraju, zaowocował kilkoma srebrnymi i brązowymi medalami. Zdarzyły się jakieś porażki, ale przeciez sport i na tym polega. Treningi, weekendowe całodzienne zgrupowania, wyjazdy na zawody zdominowały życie rodzinne. Ale nie da się zabronić dziecku tego w czym jest dobre, co uwielbia, czym żyje. Nie da się.
Aktualny sezon Camilla zaczęła w nowej drużynie. 12-14 latki, czyli prejuniorki. Na tym etapie mniej jest konkurujących drużyn, bo dziewczynki zaczynają miewać dość. Albo przestają się rozwijać sportowo. Albo muszą skupić się na szkole. Cami radzi sobie świetnie ze wszystkim. W dni powszednie trenuje cztery razy po 3,5 godziny, wolny od treningu ma tylko piątek. W weekendy sporadycznie trening trwa 3,5 godziny. Znacznie częściej dziewczynki spędzają na sali treningowej 7-8 godzin, zarówno w sobotę, jak i w niedzielę, od sierpnia zaliczyły też dwa weekendowe  zgrupowania w jednym z najlepszych ośrodków sportowych w Europie, gdzie trenowały pod okiem najlepszych trenerów z Finlandii i zagranicy. Pierwsze zawody w nowym składzie z nowym programem, w nowej grupie wiekowej odbędą się w połowie października. W maju tego roku Cami i jej drużyna Elite Sport Club Vantaa zawalczą o mistrzostwo Finlandii.

Moje starsze dziecko w listopadzie kończy 12 lat. A ja praktycznie jej nie widuję. Gdy wychodzę rano z domu, jeszcze śpi. Gdy wracam z pracy, jest już na treningu. Do domu wraca 20.15-20.45. By zjeść, wziąć prysznic, zamienić ze mną parę słów. Czy mi to pasuje? Sama nie wiem. Na szczęście mam jeszcze pięciolatkę, która wypełnia mój wolny czas. Wiem, że nie mogę stawać na drodze, którą idzie moja starsza córka. Muszę i chce ją wspierać. Uwielbiam sport, który uprawia, jestem z niej mega dumna. Poza tym widząc znudzoną młodzież, przesiadującą wieczorami na boisku osiedlowej szkoły, słysząc język, którego używają, widząc jak się zachowują jak śmiecą, co piją (niestety nie soki) i palą, cieszę się że młoda ma pasję. Zaczyna wkraczać w trudny wiek, gdyby nie miała zajęcia, nie wiadomo co wpadałoby jej do głowy.
Owszem, trochę szkoda, że rozluźniły się jej klasowe przyjaźnie, niektóre zawarte jeszcze w przedszkolu. Nie ma na nie czasu. Ale ma nowe przyjaciółki, z którymi dzieli swoją pasję, z którymi spędza mnóstwo czasu, wyjeżdża, stresuje się, wspiera je oraz dostaje od nich wsparcie. A także cieszy sukcesami, które odnoszą wspólnie.

Cieszę się, że znalazła coś dla siebie. Uważam, że rolą rodziców jest danie możliwości, podsunięcie pomysłu, ale nie wciskanie dziecku niczego na siłę. Dobrym można być tylko w czymś co się kocha. A moja Camilla kocha tę swoją gimnastykę estetyczna i ma poważne plany na życie z nią związane. Chce iść na studia o kierunku sportowym. Aby zostać trenerką.
Na tapecie jest teraz jej pięcioletnia siostra. W zeszłym roku spróbowała baletu, z którego zrezygnowała po trzech zajęciach. W październiku zaczyna zajęcia związane z piłką nożną. Jeszcze nie prawdziwe treningi, raczej zabawy i gry z piłką w roli głównej. To wybrała.  Może zaskoczy, może nie. Ma czas. Najważniejsze to dać jej szansę i wybór.
Nie zawsze tym wyborem musi być sport. Mogą być zajęcia artystyczne, czy naukowe. Cokolwiek, Byle dziecko samo wybrało. Byle nie musiało realizować niespełnionych marzeń, czy ambicji rodziców. Byle mogło być sobą. Tyle mam do powiedzenia na temat pasji naszych pociech J

Jeśli chcecie zobaczyć program Camilli i jej koleżanek, nagrodzony kilkakrotnie medalami w zeszłym sezonie, kliknijcie w  poniższy link i wybaczcie bardzo średnią jakość nagrania

https://www.youtube.com/watch?v=6E0ijEHupyE&app=desktop 


piątek, 14 września 2018

Grzyby, kurczak teriyaki, czyli kocham jeść.

Grzyby obrodziły tej jesieni w Finlandii bardzo. A gdy tu obrodzą, to się człowiek o nie dosłownie potyka, zwłaszcza jeśli mieszka pod lasem. A chyba większość ludzi mieszka tu pod lasem :D
Lubię zbierać grzyby, lubię je jeść, ale z domu nie wyniosłam zbyt wielu przepisów, mimo, że pochodzę z rodziny grzybiarzy i każdej jesieni zbieraliśmy oraz jedliśmy ich mnóstwo. Praktycznie chyba zawsze usmażone z cebulą i jajkiem. Teraz też, z sentymentu, takie czasem jadam, jednak szukam nowych smaków i czasami coś niezłego z tego wyjdzie.

Jadąc któregoś dnia do pracy usłyszałam w radiu przepis podany przez prowadzącą audycję - prosty, szybki, więc dobry do wykorzystania od razu, bez wielkiego planowania. Potrzebowałam:
- grzybów
- cebuli
- cukinię
- przyprawy - sól, pieprz, chili, odrobinę czosnku
Posiekałam wszystko, usmażyłam, doprawiłam na ostro.  Było pyszne! Cukinia doskonale komponuje się z grzybami, polecam.

 
 
A do tej potrawki bardzo pasowały skrzydełka w sosie teriyaki, na które przepis usłyszałam parę dni wcześniej i od razu wiedziałam, że będę chciała go wypróbować. To pięcioskładnikowy przepis Jamiego Olivera, do którego potrzebne są
- kurze skrzydełka
- sos teriyaki
- świeże papryczki chili
- ziarna sezamu (pominęłam bo nie przepadam, poza tym sos, który miałam w domu był właśnie z ich dodatkiem)
- ocet winny z czerwonego wina (miałam zwykły ocet i tez zdał egzamin, trzeba go dosłownie odrobinę, w sumie to nawet nie pamiętam po co ;) )
 
Skrzydełka należy podsmażyć kilka minut na kilku kroplach oleju. Papryczki chili pozbawić pestek i przekrojone wzdłuż wrzucić na patelnię do skrzydełek. Zalać wszystko sosem. Wlać tyle wrzącej wody, by całe skrzydełka zostały nią zakryte. Gotować/dusić skrzydełka około 30-40 minut, aż woda się zredukuje i zostanie lepki, gęsty sos. Wtedy wlać dosłownie łyżkę octu. Wymieszać i wyjąc skrzydełka do miski, czy na półmisek. Posypać uprażonymi na suchej patelni ziarnami sezamu (ja tego nie zrobiłam). Niebo w gębie! Mięso samo odchodziło od kości, paluchy wymazane były sosem, bo to nie eleganckie danie jedzone sztućcami ;) Na pewno nie raz je powtórzę, Jamie, dzięki za pomysł :D
 
 
SMACZNEGO!
 


czwartek, 13 września 2018

Co z tą szkołą?

Oglądałam w zeszłym tygodniu DDTVN, w którym mówiono o tym jak bardzo przeładowany jest dzień polskiego ucznia. 7-8 godzin w szkole, później 3-4 godziny odrabiania pracy domowej. Lekcje zaczynające się o 7 rano, lub o 14. Chodziło o wyższe klasy podstawówki.
Uważam, że to jest totalne zabieranie dzieciom życia. I zastanawiam się po cholerę tyle tego?
Moja starsza córka jest w 6, ostatniej klasie fińskiej podstawówki. Od początku jej kariery szkolnej zastanawiam się kiedy zacznie być trudniej, bardziej intensywnie. Ze strachem to robię, bo jako wyczynowa gimnastyczka, 6 razy w tygodniu, poza piątkiem, ma po kilka godzin treningów dziennie i boje się, że kiedyś po prostu tego wszystkiego nie ogarnie. Ani czasowo, ani umysłowo, bo przecież nauki z roku na rok jest więcej.
I faktycznie, czasowo jest intensywnie, bo czasem musi prosto ze szkoły jechać na trening, do domu wraca grubo po 20, ale gdy zobaczyłam jej plan lekcji, po raz kolejny ucieszyłam się, że uczy się w Finlandii, nie w Polsce. Ma 26 godzin tygodniowo, z czego 8 godzin to jakieś wuefy, plastyki i prace ręczne. Prace domowe odrabia w locie, między szkołą, a treningami, czasem przed szkołą, gdy ma na 11, czy 10. Ale najpóźniej kończy o 16, najwcześniej zaczyna o 8.30, spędza w szkole 5-5,5 godziny. Więc wysypia się, znajduje też czas by przygotować się do sprawdzianów, chociaż faktycznie, do tej pory nie widziałam chyba, by na naukę, czy odrabianie lekcji poświęciła więcej niż pół godziny.
Do tego, niemal w każdym tygodniu, a już na pewno minimum raz na 2-3 tygodnie, ma w szkole albo dzień sportu, albo całodzienną wycieczkę, albo inne atrakcje i wtedy normalne lekcje w ogóle się nie odbywają, a co za tym idzie, nie ma też zadawanej pracy domowej.
Być może w gimnazjum zacznie się orka na ugorze, gdy od każdego przedmiotu będzie miała innego nauczyciela, uważającego swoją dziedzinę za najważniejszą, nie wiem. Ale na razie cieszę się, że nie ślęczy nad nauką, ma czas na swoją pasję i nie musi się bać, że ucierpią przez nią wyniki w szkole.
Jednocześnie zastanawiam się, czym kierują się ci, którzy ustalają tak przeładowany program nauczania w polskich szkołach. Przy tylu godzinach nauki głowa przestaje pracować, więc wydajność przyswajania spada. Wcześnie rano, czy późnym popołudniem też trudno o to, by ogarniać wszystko w locie i z radością. Poza tym sama pamiętam, że gdy ja chodziłam do szkoły, uczono nas mnóstwa niepotrzebnych rzeczy, których albo dawno nie pamiętam, albo nawet jeśli zostały mi w głowie, to zupełnie nie są mi do niczego potrzebne. A przecież ani nie przesiadywałam w szkole po 7-8 godzin, ani nie ślęczałam godzinami nad lekcjami, więc chyba i tak było tego mniej niż w polskich szkołach teraz.
A może sprawa została wyolbrzymiona na potrzeby telewizyjnego show? Chociaż ten temat nie pierwszy raz pojawił się w mediach, więc chyba cos jest na rzeczy i problem naprawdę istnieje?

PS. Temat szkoły mnie interesuje już od jakiegoś czasu, o tym jak wygląda w Finlandii napisałam tutaj Fińska szkoła