czwartek, 13 września 2018

Co z tą szkołą?

Oglądałam w zeszłym tygodniu DDTVN, w którym mówiono o tym jak bardzo przeładowany jest dzień polskiego ucznia. 7-8 godzin w szkole, później 3-4 godziny odrabiania pracy domowej. Lekcje zaczynające się o 7 rano, lub o 14. Chodziło o wyższe klasy podstawówki.
Uważam, że to jest totalne zabieranie dzieciom życia. I zastanawiam się po cholerę tyle tego?
Moja starsza córka jest w 6, ostatniej klasie fińskiej podstawówki. Od początku jej kariery szkolnej zastanawiam się kiedy zacznie być trudniej, bardziej intensywnie. Ze strachem to robię, bo jako wyczynowa gimnastyczka, 6 razy w tygodniu, poza piątkiem, ma po kilka godzin treningów dziennie i boje się, że kiedyś po prostu tego wszystkiego nie ogarnie. Ani czasowo, ani umysłowo, bo przecież nauki z roku na rok jest więcej.
I faktycznie, czasowo jest intensywnie, bo czasem musi prosto ze szkoły jechać na trening, do domu wraca grubo po 20, ale gdy zobaczyłam jej plan lekcji, po raz kolejny ucieszyłam się, że uczy się w Finlandii, nie w Polsce. Ma 26 godzin tygodniowo, z czego 8 godzin to jakieś wuefy, plastyki i prace ręczne. Prace domowe odrabia w locie, między szkołą, a treningami, czasem przed szkołą, gdy ma na 11, czy 10. Ale najpóźniej kończy o 16, najwcześniej zaczyna o 8.30, spędza w szkole 5-5,5 godziny. Więc wysypia się, znajduje też czas by przygotować się do sprawdzianów, chociaż faktycznie, do tej pory nie widziałam chyba, by na naukę, czy odrabianie lekcji poświęciła więcej niż pół godziny.
Do tego, niemal w każdym tygodniu, a już na pewno minimum raz na 2-3 tygodnie, ma w szkole albo dzień sportu, albo całodzienną wycieczkę, albo inne atrakcje i wtedy normalne lekcje w ogóle się nie odbywają, a co za tym idzie, nie ma też zadawanej pracy domowej.
Być może w gimnazjum zacznie się orka na ugorze, gdy od każdego przedmiotu będzie miała innego nauczyciela, uważającego swoją dziedzinę za najważniejszą, nie wiem. Ale na razie cieszę się, że nie ślęczy nad nauką, ma czas na swoją pasję i nie musi się bać, że ucierpią przez nią wyniki w szkole.
Jednocześnie zastanawiam się, czym kierują się ci, którzy ustalają tak przeładowany program nauczania w polskich szkołach. Przy tylu godzinach nauki głowa przestaje pracować, więc wydajność przyswajania spada. Wcześnie rano, czy późnym popołudniem też trudno o to, by ogarniać wszystko w locie i z radością. Poza tym sama pamiętam, że gdy ja chodziłam do szkoły, uczono nas mnóstwa niepotrzebnych rzeczy, których albo dawno nie pamiętam, albo nawet jeśli zostały mi w głowie, to zupełnie nie są mi do niczego potrzebne. A przecież ani nie przesiadywałam w szkole po 7-8 godzin, ani nie ślęczałam godzinami nad lekcjami, więc chyba i tak było tego mniej niż w polskich szkołach teraz.
A może sprawa została wyolbrzymiona na potrzeby telewizyjnego show? Chociaż ten temat nie pierwszy raz pojawił się w mediach, więc chyba cos jest na rzeczy i problem naprawdę istnieje?

PS. Temat szkoły mnie interesuje już od jakiegoś czasu, o tym jak wygląda w Finlandii napisałam tutaj Fińska szkoła

 

2 komentarze:

  1. alez oczywiście, że w polskim programie edukacyjnym jest masa zbędnych rzeczy. system jest przestarzały nie nadąża ani za rozwojem technologicznym a tym bardziej już nie wyrabia na zakrętach w sposobie przekazywania wiedzy (właściwie jest tak samo jak za naszych czasów; zakuć, zaliczyć, zapomnieć). powojenne pokolenie moich rodziców nie mogło zrozumiec mojego lekceważenia systemu edukacji kiedy ja byłam uczennicą, bo sami chodzili do szkół, które mogły byc dla nich niedostępne gdyby urodzili się wcześniej (żadne z moich dziadków i babć nie wyszło poza podstawowe szkoły). dzisiaj ja doskonale rozumiem postawę moich dzieci, bo system pozostał ten sam. uczą się na tyle aby przechodzić z klasy do klasy, nie walczą o czerwone paski, nie ślęczą godzinami nad książkami, zadania robią na bieżąco max 20 min, przyswajają materiał głównie na lekcji, do reszty dochodzą sami, bo wiedzą gdzie szukać informacji. są szczęśliwi i zdrowi, mają czas na hobby więc uznaję, że szkoła nie krzywdzi ich za bardzo ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. co do rozwoju technologicznego, to mnie po raz kolejny fińska szkoła zaskoczyła, wydając wszystkim uczniom w klasie mojej Camilli chromebooki (nie miałam do teraz pojęcia o istnieniu czegoś takiego, co jest połączeniem tableta i laptopa, z klawiturą oraz możliwością "pykania" po monitorze i :D). bo część prac z różnych przedmiotów wykonuje się na jakimś portalu, poza tym wypracowania itp. też się na komputerze pisuje, a szkoła nie ma prawa wymagać, że w każdym domu będzie sprzęt. No to go swoim uczniom, na zasadzie wypożyczenia, zapewnia.

      Usuń