wtorek, 29 stycznia 2019

Śnieżny armageddon.

W Finlandii śnieg nie jest zjawiskiem niespotykanym ;) Co roku prędzej, czy później się pojawia i raczej później niż prędzej topnieje. Na południu jest go mniej niż na północy, ale jest. Zawsze. Co kilka lat spada go więcej i właśnie mamy taki rok. Do tej pory dopadywał sobie kulturalnie po odrobinie, pokrywając ten już zszarzały, czystą biała warstwą. Dzieci się cieszyły, dorośli też, bo wszyscy tu wolą biel rozjaśniającą świat od mokrej szarugi i ciemności, które o tej porze roku ze strony słońca niestety są zapewnione.




Od dwóch dni szaleje jednak śnieżny armageddon. Pada od prawie 48 godzin, kolejne 24 mają być takie same. Dzisiaj pada w miarę rozsądnie, ale wczoraj po raz pierwszy od 17 lat, jadąc autem miałam duszę na ramieniu. Z pracy do osiedla, w którym mieszkam mam 33 kilometry. Obwodnicami, oraz małymi osiedlowymi ulicami. Normalnym jest fakt, że zimą osiedlowe ulice i chodniki pokryte są ubitym śniegiem, po którym się chodzi i jeździ, nie narzekając, bo przecież zimą śnieg jest czymś normalnym. Ale obwodnice, duże ulice dojazdowe do osiedli, czy autostrady zimą są odnieżane do asfaltu.

Wczoraj śnieg był wszędzie. Padał jak oszalały, dodatkowo wiał wiatr. Śnieg był suchy i sypki, więc wirował na wszystkie strony, po spadnięciu latal w te i we wte po podłożu, co przywodziło na myśl burzę piaskową na pustyni. Jadące auta dodatkowo to wirowanie wzmagały. Jechałam w niemal zerowej widoczności, chwilami nie wiedząc, czy jestem jeszcze na jezdni, czy już na chodniku, a może właśnie przejechałam przez rondo.


Pługów nie było widać, bo jakiekolwiek odsnieżanie nie miało sensu, o czym przekonałam się gdy dojechałam do domu – postanowiłam odsnieżyc podjazd, ale co wielką łopatą do śniegu odsunęłam go trochę na bok, frruuu i był z powrotem.
Wieczorem musiałam pojechać z młodszą córką po starszą na trening. Jechałam powoli, nadal praktycznie nic nie widząc oraz ślizgając się na każdym zakręcie, bo taki sypki śnieg jest bardziej śliski niż mokra breja. Na szczęście aut na drogach było mało, widać było, że jeśli ktoś nie musiał koniecznie gdzieś jechać, to nie jechał.
Dzisiaj mamy powtorkę ze śniegowej rozrywki, pada i pada, na szczęście wiatr juz tak nie wieje. Z pracy dojechałam sprawnie, czeka mnie jeszcze odbiór córki z treningu. Jutro nadal ma padać...



Co jest charakterytyczne dla takich dni w Finlandii, to to, że jest wtedy mniej wypadków i stłuczek. Kierowcy nie szarżują, utrzymują odstępy, na ślimakowatych zjazdach z autostrad, czy obwodnic jadą jak wozami drabiniastymi, na dwójce. Nikt nikogo nie pogania, nie napiera, unika użuywania hamulców, hamując odpowiednio wcześnie biegami (chociaż dzisiaj myślałam, że przyhamuję nagle by kierowcą w terenowej toyocie niemal siedzący mi na kuprze, pożałował tej bliskości).  Rzadko zdarza się sytuacja, w której hamować trzeba nagle. Bo jak jest zima, to trzeba jeździć w zimowym stylu. I na zimowych oponach. W Finlandii wolno mieć je z kolcami (czyli tak naprawdę płaskimi metalowymi bolcami powciskanymi w szczeliny bieżnika), ale sporo ludzi jeździ na zwykłych zimowych. Bo bezpieczeństwo tylko częściowo tkwi w oponach. Przede wszystkim w  głowach kierowców. Bez względu, czy siedzą za kierownicą dwudziestoletniej skody, czy wypasionej beemki z milionem koni mechanicznym pod maską.

poniedziałek, 28 stycznia 2019

Mleko kontra owies.

Finowie piją dużo mleka. Bardzo dużo. Podaje się je do każdego praktycznie posiłku, również do kotleta, czego po 17 latach przeżytych w Muminkowie, nadal nie potrafię pojąć.  Jednak od kilku lat coś zaczęło się zmieniać. Świadomość dotycząca tego co zdrowe, oraz tego, czego jemy zbyt dużo, zaczęła przynosić efekty. Ludzie próbują ograniczyć spożycie produktów pochodzenia zwierzęcego, zastępując je roślinnymi i to sprawiło, że z roku na rok mieszkańcy Finlandii coraz bardziej lubią owies. A raczej owsiane zastępniki produktów mlecznych.

Na początku był szwedzki Oatly. Z „mlekiem”, „serkiem” do smarowania pieczywa, z lodami owsianymi w różnych smakach. Później pojawiły się inne marki oraz inne produkty: „śmietana” słodka, kwaśna, do ubijania, „jogurty” w różnych smakach.
W tej chwili praktycznie każdy produkt mleczny można zastąpić owsianym, nie tylko samo mleko. Poza serami - owsiany jest nadal tylko taki do smarowania pieczywa.  Pojawił się też owies tak spreparowany, że z powodzeniem zastępuje mielone mięso, na przykład przy przygotowaniu sosu powszechnie nazywanego bolońskim (tzw. pulled oat). Jasne, nie smakuje to tak samo, ale używając odpowiednich przypraw, można się zbliżyć do ideału oraz przyzwyczaić  do lekko innego smaku ;)
Oprócz produktów owsianych, można dostać też „mleka” oraz „jogurty” na bazie kokosa, soi, migdałów, różnych orzechów. Wybór naprawdę jest duży. Jednak owies stanowczo wygrywa.

Największy fiński koncern mleczarski podąża za popytem i od jakiegoś czasu posiada linię produktów owsianych. Również znany ze słodyczy i wypieków Fazer kupił fińską rodzinna firmę specjalizującą się w produkcji owsianych przekąsek i deserów i robi na tym biznes.
Czytałam niedawno dyskusję na temat tego po co wegetarianom sojowe kiełbaski, czy kotlety, weganom jogurty na bazie kokosa, owsa, czy soi itp. Bo niby albo się coś je, albo nie i jeśli się z tego zrezygnuje, to powinno się być konswekwentnym. Nie zgadzam się z tym zupełnie. Nie wszyscy weganie, wegetarianie, czy osoby ograniczające spożycie produktów pochodzenia zwierzęcego, chcą rezygnować z lubianych smaków. Dlatego cieszę się, że mam do dyspozycji dziesiątki produktów, dostępnych w każdym spożywczaku, również tym niewielkim, osiedlowym. Mój „owsiany początek” związany był z nietolerancja białka krowiego przez córkę, którą karmiłam piersią, w związku z czym zdecydowałam się przejść na dietę bezmleczną. Teraz już nie karmię, córka też już znosi produkty zawierające mleko, ale nawyk pozostał, a nawet przeszedł na resztę rodziny, bo nie spożywając nabiału, zaczęłam gotować używając wszystkiego co jest produkowane z owsa i wszyscy do dziś z tego korzystamy. A goście jedzący torty mojego wypieku, przekładane bitą śmietaną nie orientują się, że to śmietana zbożowa ;)

Jadąc dziś po starsza córkę na trening, zatrzymałam się na kilka chwil w osiedlowym supermarkecie. I na szybko zrobiłam zdjęcia tym artykułom owsianym, które były w sprzedaży. Na szybko, telefonem, byle jak. Nie chodziło o wyraz artystyczny, tylko o to by pokazać ile tego jest oraz podkreślić, że w dużych hipermarketach jest jeszcze więcej :)





to same owsiane "mleka" neutralne i kakaowe
 
przekąski owsiane o różnych smakach
i kolejne

następny "jogurt"


yosa była moją ulubioną marką, gdy należała do małej rodzinnej firmy, teraz jest włąsnością Fazera

a tu serek na kanapki

 owsiane śmietany, nie wszystkie, były też inne, zabrakło czasu na bieganie między półkami ;)

 
 

niedziela, 13 stycznia 2019

Tort kanapkowy, czyli wytrawna alternatywa dla słodkich tortów.


Po siedemnastu latach spędzonych w Finlandii, zrobiłam dziś swój pierwszy w życiu tort kanapkowy. Lepiej późno niż wcale ;) Takie torty są tutaj bardzo popularne, a nawet wręcz obowiązkowe na imprezach typu świętowanie chrzcin, konfirmacji, czy zdanej matury, a także na weselach, rocznicach, imprezach firmowych itp. itd. Jest to doskonała alternatywa, lub uzupełnienie dla słodkich wypieków – nie każdy lubi, nie każdy może przecież jeść słodycze.

Przepisów na takie torty jest pewnie tyle ilu Finów w Finlandii. Ja do mojego użyłam:

- pieczywa tostowego pszennego i pełnoziarnistego (po 12 kromek każdego)

- dużej ilości serka typu Philadephia (700g naturalnego, 400g ziołowego)

- szynki pokrojonej w drobną kostkę (ok. 300-350g)

- tartego żółtego sera (dużo, ale w gramach nie mam pojęcia)

- ogórka świeżego

- kwaśnej, gęstej śmietany (na oko)

- majonezu (na oko)

- pieprzu

- sałaty lodowej, pomidorków koktajlowych, ogórka i parę plastrów szynki do dekoracji - bulionu do nasączenia pieczywa Przygotowanie:

1.    nadzienie z szynką – serek naturalny plus trochę śmietany plus szynka

2.    nadzienie z serem – serek naturalny plus trochę śmietany plus tarty ser

3.    nadzienie z ogórkiem  – serek ziołowy plus trochę śmietany plus pieprz plus ogórek Wszystkiego dawałam na oko, jednak „wypełniacza” serka ma byc dużo, na bogato

4.    przygotowanie chleba – należy okroić dookoła skórkę

5.    sześć kromek pełnoziarnistych ułożyłam w prostokąt 2x3, nasączyłam delikatnie bulionem, nałożyłam pierwsze nadzienie

6.    kolejna warstwa to kromki jasne, ale ważne jest by dwie z nich przekroić na pół i od takich połówek zacząć układania oraz połowami układanie zakończyć – połączenia kromek wypadną w innych miejscach niż połączenia kromek pełnoziarnistych, dzięki czemu tort się nie rozjedzie

7. nasączyłam, położyłam nadzienie serowe

8. na to znowu kromki pełnoziarniste, plus nadzienie ogórkowe

9. kromki białe, znowu dwie przekrojone na pół

10. posmarowałam boki i wierzch tortu resztą serków zmieszanych z odrobiną majonezu (niekonieczny, ale trochę wzbogacił smak), posypałam tartym serem, ozdobiłam i voila!

 

Nadzienia mogą być przeróżne. Pyszny jest tort z wędzonym łososiem, z krewetkami, albo z samymi warzywami (nadają się ogórek, papryka, ogórki konserwowe, rzodkiewka, cokolwiek, co da się wymieszać z serkiem).  Pyszna jest feta plus oliwki, plus suszone pomidory. W wersji wegańskiej wykorzystuje się „serek” owsiany (firma Oatly produkuje naturalny oraz z pomidorami). Ograniczeniem jest praktycznie tylko wyobraźnia i różne gusty. Również kształt można zrobić dowolny, z prostokątnym jest jednak najmniej pracy, bo nie trzeba niczego specjalnie przycinać.

 

Dodam jeszcze, że identyczne nadzienia przygotowuję czasem do pieczonych w całości, w mundurkach, owiniętych w folię aluminiową ziemniaków.  Je też polecam. Na obiad, lub kolację, albo pogaduszki z przyjaciółką przy winie J

 

piątek, 11 stycznia 2019

17 lat.


Dzisiaj mija dokładnie 17 lat, od chwili, w której po raz pierwszy wylądowałam w Finlandii. Polska nie była jeszcze członkiem Unii Europejskiej, więc podczas odprawy paszportowej miły pan wypytał mnie o powód wizyty (odwiedziny u chłopaka), jego adres oraz to, ile zamierzam w Finlandii pozostac. Zamierzałam tyle, ile mogłam bez wizy, a więc trzy miesiące.
Z trzech miesięcy zrobiło się troszkę więcej.
Nie jest to okrągła rocznica, ale na tyle już ”szacowna”, że zebrało mi się na przemyślenia. Przed Finlandią spędziłam 3 lata poza Polską. Wyjeżdzając z niej po raz pierwszy na dłużej, w marcu 1999 roku (20 lat temu!), nie przewidywałam, że już nie wrócę. Jechałam do pracy, sprawdzić się jako rezydent jednego z polskich biur podróży. To miała być przygoda, z powodu której zrobiłam sobie przerwę w studiach. I już na nie nie wróciłam...

Początek nie był łatwy. Owszem, miałam obok siebie kochającą mnie osobę, nie musiałam martwić się o utrzymanie, ale brak własnych znajomych, nieznajomość języka, brak pracy i mroźna zima po kilku latach spędzonych w klimatach z palmami w tle nie były tym, co dałoby mi wiele radości. Mój partner pracował, ja siedziałam w domu, a bycie gospodynią domową nigdy nie było i nie jest oraz zapewne już nie będzie moją pasją. Gdy tylko zapadła decyzja o spędzeniu razem życia, postanowiłam, że nauka fińskiego to pierwszy ważny do zrealizowania punkt. Chciałam jak najszybciej iść do pracy, chciałam zasymilizować się z otoczeniem i nie wyobrażałam sobie tego bez możliwości porozumiewania się w lokalnym języku, mimo, że z angielskim można spokojnie w Finlandii przeżyć. Nauka do poziomu wystarczającego do wykonywania zawodowych obowiązków zajęła mi trochę ponad rok. Dodatkową motywacją było to, że wymarzone miejsce pracy zostało mi niejako obiecane właśnie pod warunkiem, że nauczę się fińskiego. No to się nauczyłam. I dostałam tę pracę. Dzięki niej poznałam mnóstwo cudownych ludzi, nauczyłam się nowych rzeczy, odwiedziłam różne kraje. Oraz zadomowiłam się na dobre w tym północnym kraju, ojczyźnie Mikołaja. Nie obyło się bez kryzysów, tęsknoty, chęci powrotu do Polski. Jednak gdy pojawiły się dzieci, przekonałam się, że to jest ich miejsce. Najlepsze dla nich. Z najczystszym w Europie powietrzem, z przyjaznym systemem edukacji, z opieką medyczną, gwarantującą dostęp do najnowocześniejszej diagnostyki bez czekania latami w kolejce.  To miejsce stało się również moim – bez rozbudowanej biurokracji, z możliwością załatwienia niemal wszystkiego przez internet lub telefon. Bez lęku o to, że w razie utraty pracy nie będę miała czym nakarmić dzieci. Z poczuciem bezpieczeństwam zarówno dotyczącego codziennego życia, jak również na autostradach, czy wieczorna porą na ulicach mojego osiedla.

Nie jest idealnie. Nigdzie nie jest. Klimat daje w dupę. Mnie zwłaszcza jesienią, bo nienawidzę szarugi, deszczu i braku światła. Usługi są na marnym poziomie, w dodatku w kosmicznych cenach.  Rodzina jest daleko, widujemy się rzadko, moje dzieci nie mają polskich dziadków, cioć ani kuzynów na co dzień. Mają fińską rodzinę. Tak samo ważną. Czasami po prostu nie da się mieć wszystkiego na wyciągnięcie ręki.
Uwielbiamy latać do Polski. Córki są wychowywane w poszanowaniu obu kultur, są w takim samym stopniu Finkami, co Polkami. Ale myślę, że w Polsce nie byłoby im dobrze, gdyby miały tam zamieszkać na stałe. Tutaj mają swoje życie, przyjaciół, zajęcia.
Nie wiem też, czy mnie by było dobrze. Każdy pobyt w Polsce jest dla mnie za krótki, kończy sie niedosytem. Ale są to dla mnie zawsze wakacje, oderwanie od codzienności. Bez przyziemnych problemów, bez potrzeby załatwiania najróżniejszych spraw. Gdybym zderzyła się z polską codziennościa na dobre, mogłoby się okazać, że się już w niej nie odnajduję. Najprawdopodobniej by się tak okazało.  Jeszcze niedawno planowałam wrócić do ojczyzny na emeryturę, gdy dzieci już wyfruną z domu. I za każdym razem, gdy dopadała mnie tęsknota, tymi planami się pocieszałam. Teraz jednak zastanawiam się, co ja bym na stałe w tej Polsce ze sobą zrobiła? Czy potrafiłabym przystosować się do polskiej rzeczywistości?