piątek, 26 kwietnia 2019

Fińska służba zdrowia.

Różne są opinie na temat fińskiej opieki medycznej. Nie jest idealna, na pewno zdarzają się i błędy medyczne, i niezadowoleni pacjenci. Ja podobno mam do niej szczęście. Jednak myślę, że 17 lat to dużo jak na opieranie się wyłącznie na łucie szczęścia. Dlatego śmiem stwierdzić, że opieka zdrowotna w Finlandii jest dobra.  Pominę kwestię stomatologów, bo to temat na osobny wpis (tutaj moje szczęście zawiodło ;) )

Pominę też ciąże i porody, do nich również powrócę kiedyś w osobnym poście, bo to taka inna medycyna jest.

Dzisiaj podam tylko kilka przykładów z własnego doświadczenia.

Gdy moja starsza córka miała 7 lat, zauważyłam u niej niepokojące objawy, które chciałam skonsultować z neurologiem. Do specjalistów trzeba mieć skierowanie, zadzwoniłam więc do przychodni rejonowej, by zapisać ją do lekarza pierwszego kontaktu. Po opisaniu tego co mnie martwiło, dostałam termin na następny dzień. Internistka przeprowadziła wywiad, zbadała córkę, stwierdziła, że faktycznie potrzebna jest opinia neurologa, po czym wpisała do systemu skierowanie, jako „średnio pilne”, bo objawy nie świadczyły o dużym zagrożeniu. Miałyśmy czekać na „zaproszenie” z kliniki neurologicznej, która to skierowanie w systemie „widziała”.

Telefon zadzwonił już następnego dnia, wyznaczono nam wizytę, jej termin był za 3 dni. Neurolog potwierdziła, że moje obawy mogą świadczyć o epilepsji – jej łagodnej wersji, tzw. napadach nieświadomości. Uspokoiła mnie, że nie jest to zagrażające życiu córki i zleciła badanie eeg. Jako „średnio pilne”. Właśnie zaczynały się wakacje, miałyśmy lecieć za 2 tygodnie do Polski. Powiedziałam o tym lekarce, ona na to, że w takim razie musimy się wyrobić przed wyjazdem, bo nie można dziecku zepsuć planów wakacyjnych. I faktycznie. Znalazł się termin na eeg, dzień po badaniu był telefon od lekarki, że faktycznie jest to, czego się obawiałyśmy, więc zaprasza do kliniki na omówienie leczenia. Do Polski leciałyśmy z diagnozą, planem leczenia oraz lekami w bagażu podręcznym.
Wizyty kontrolne co pół roku były inicjowane przez klinikę, zaproszenia na nie przychodziły pocztą, odpowiednio wcześnie, by nie mieszać nam w ewentualnych planach. A ja nie musiałam pamiętać o zapisywaniu się na nie. W trakcie leczenia zaobserwowałam kolejny objaw, który wymagał rezonansu magnetycznego głowy, na który skierowanie było „niepilne”, więc termin wyznaczono na za „aż” 3 tygodnie. Na szczęście nic nie znaleziono, objaw (źrenice różnej wielkości przy zmianach oświetlenia) zalecono obserwować, dodajac, że niektórzy ludzie po prostu tak mają i że to prawdopodobnie minie. Minęło. Tak samo jak epilepsja, która okazała się dziecięcą, uleczalną formą choroby. Po 2,5 roku leczenia córka została oficjalnie  „skeślona” z listy pacjentów kliniki neurologii dziecięcej.

 
Kolejny przykład dotyczy młodszej córki. Gdy miała niecałe 4 lata, zauważyłam, że jedno oko rusza się jakby bardziej od drugiego. To nie był klasyczny zez, tylko na przykład gdy patrzyła do góry. To jedno oko szło do góry bardziej, tak, że tęczówka niemal chowała się pod powieką. Wyglądało to trochę przerażająco :D Na bilansie 4-latka powiedziałam o tym lekarce, ona oko obejrzała, stwierdziła, że faktycznie coś jest nie tak, wystawiła w systemie skierowanie do kliniki okulistycznej, kazała czekać na „zaproszenie”. Skierowanie było „niepilne”.  Zaproszenie przyszło po jakimś tygodniu, na za miesiąc. Wizyta w klinice trwała kilka godzin. Oko zostało zbadane wzdłuż i wszerz, w kilku gabinetach, na kilku maszynach, z kroplami i bez. Diagnoza – jeden z mięśni podtrzymujących oko „luźniejszy”, stąd ten większy zakres ruchu. Nic, co by przeszkadzało, czy czymkolwiek zagrażało, ale do obserwacji, bo oko było jeszcze w trakcie rozwoju, w przyszłości może zaistnieć potrzeba operacyjnej korekcji mięśnia. Kontrola miała odbyć się po roku. Nie musiałam o tym pamiętać, nie musiała dzwonić by córkę zapisać. Po roku przyszło pocztą zaproszenie, odpowiednio wcześnie, by sobie ten dzień zaplanować, ewentualnie zadzwonić z prośbą o przełożenie na inny termin. Ponowna wizyta potwierdził to co, ja już sama widziałam, oko przestało „latać”, widocznie mięsień wyrównał się z pozostałymi, kolejne kontrole nie są potrzebne.

Kolej na  mnie. W lutym tego roku wyczułam w piersi coś. To coś mnie zaniepokoiło. Był czwartek wieczór. W piątek schowałam trochę głowę w piasek, nic nie zrobiłam. W weekend poschizowałam, w poniedziałek zadzwoniłam do przychodni. Automat odpowiedział, że wszyscy pracownicy rejestracji są zajęci, zaproponował pozostawienie prośby o oddzwonienie. Zostawiłam (czytaj – wybrałam 1 i krzyżyk).  Po niecałej godzinie oddzwoniła do mnie pracownica przychodni. Opisałam swój problem, znalazła termin na za godzinę. Byłam w pracy, nie miałam jak w ciągu godziny dojechać, więc  znalazł się termin na kolejny dzień. Internistka wysłuchała, zbadała i stwierdziła, że trzeba diagnozować. Wystawiła skierowanie na mammografię i usg, pilne. Miałam zadzwonić  pod podany numer telefonu po wyjściu z gabinetu. To był wtorek, Zadzwoniłam, dostałam termin na czwartek. Na oba badania razem, z podkreśleniem, że jeśli lekarz wykonujący usg na podstawie badania i wyniku mammografii uzna, że trzeba zrobić biopsję, wykona to od razu na miejscu.
Miałam szczęście, zmiana okazała się nie wymagającą biopsji, nie jest groźna, nie trzeba nic z nią robić. Poza obserwowaniem.

Wszystkie moje przykłady dotyczą publicznej służby zdrowia. Finansowanej z moich podatków. Owszem, muszę za każdym razem uiszczać tak zwaną opłatę polikliniczną, w wysokości 15-30 euro – do dzisiaj nie wiem od czego zależy ta kwota. Ale jest to drobiazg w porównaniu z kosztami, jakie miałabym ponieść idąc do prywatnych przychodni.  Badania są darmowe. Terminy krótkie, nawet te niepilne. Diagnozy szybkie. A przecież właśnie o to chodzi. By działać szybko, gdy jest taka potrzeba.

Mam nadzieję, że nigdy nie będę musiała zmienić o fińskiej służbie zdrowia zdania J

wtorek, 16 kwietnia 2019

Virvon varvon, czyli niedziela palmowa po fińsku.

Na ten dzień czekają wszystkie fińskie dzieci. Już kilka dni wcześniej buszują po okolicy w poszukiwaniu bazi, by z wierzbowych gałązek przygotować kolorowe, ozdobione bibułą i piórami witki-palemki. W niedzielę palmową przebierają się, głównieza wiedźmy, ale też  koty, zajączki, cokolwiek przyjdzie im do głowy i w towarzystwie koleżanek lub/i kolegów (a młodsze również rodziców) ruszają na obchód po osiedlu. Chodzą od drzwi do drzwi, od domu do domu, od mieszkania do mieszkania i tam, gdzie ktoś otworzy, recytują krótki wierszyk będący wróżbą/życzeniami zdrowia na bieżący rok, oraz deklaracją podarowania witki w zamian za zapłatę. A zapłatą są słodycze – głownie czekoladowe jajka, ale i inne się zdarzają.

                                           Virvon varvon
                                        tuoreeks terveeks
                                         tulevaks vuodeks.
                                   Vitsa sulle, palkka mulle.

 Moja starsza córka wyrosła już z tego, ale przez ładnych kilka lat urządzała w sobotę w naszej kuchni warsztat palmowy i razem z koleżankami produkowała witki, by ruszyć z nimi w niedzielę palmową do sąsiadów bliższych i dalszych.
 
 
 
Gdy pojawiła się młodsza siostra, starsza wraz z koleżankami – wiedźmami zabierała ją ze sobą jako kotka.
 
 

W tym roku po raz pierwszy młodsza poszła tylko z koleżanką z przedszkola, a my, mamy, zabezpieczałyśmy tyły ;)
 
 

Ludzie otwierający drzwi zagadywali, zachwycali się piękną wiedźmą i jej biedronką (!), a młode, na początku lekko onieśmielone, z każdym kolejnym odwiedzonym domem nabierały werwy i energii.
 
 
Po powrocie odbyło się liczenie zdobyczy, a teraz każdego dnia mamy negocjacje na temat tego ile z tych słodkich skarbów wolno zjeść.
 

W niektórych rejonach Finlandii tradycja obowiązuje w Wielką Sobotę, a z tego co wiem zwyczaj istnieje też w Szwecji, gdzie celebruje się go w Wielki Czwartek.

piątek, 5 kwietnia 2019

Dziecko samo w domu.

Od jakiegoś czasu w polskich mediach trwa dyskusja na temat planowanego przez nauczycieli strajku. Nie będę wypowiadała się, czy go popieram, czy nie. Żyję w kraju, w którym każda grupa zawodowa ma prawo do strajków i dość często jest to wykorzystywane. Utrudnia to czasem życie zwykłych obywateli, ale jakoś trzeba sobie wtedy dać radę. I wszyscy dają.

Rozumiem niezadowolenie rodziców przedszkolaków, czy dzieci uczących się w niższych klasach podstawówki, bo muszą ogarnąć kwestię całodziennej opieki nad swoimi pociechami. Też nie uśmiechałoby mi się marnować urlopu, gdy placówki pozostaną zamknięte. Ale gdy chodzi o dzieci starsze, takie powiedzmy od 10 lat wzwyż, to naprawdę nie wiem w czym problem. To nie są już maluszki potrzebujące opieki non stop. W tym wieku można zrobić sobie samemu kanapkę, podgrzać obiad (jeśli nie na kuchence, to w mikrofalówce, której co prawda nie preferuję, ale na takie właśnie doraźne sytuacje uważam za dobre rozwiązanie), można zająć się sobą. Lub na przykład spotkać się z  koleżanką, kolegą i wspolnie spędzić wolny czas. W domu, na placu zabaw, czy na szkolnym boisku.

”W naszych czasach” było to normą. W ferie, czy wakacje tylko niektórzy wyjeżdzali na całe tygodnie do cioci, czy babci na wieś. Nie  było tylu ofert kolonii, półkolonii i innych obozów. Poza tym nie każdy na kolonie chciał jeździć (ja nie chciałam ;) ) Latało się po osiedlu, siedziało w domach raz u jednej, raz u innej koleżanki, robiło pikniki pod blokiem, urządzało „wojny” między sąsiadującymi ulicami. W pewnien sposób było trudniej, bo kontakt z rodzicami przebywającymi w pracy był utrudniony – nie było telefonów komórkowych, a i stacjonarny nie każdy w domu posiadał. Ale było super. Przynajmniej rodzice nie dzwonili co chwilę z puyaniem: „Gdzie jesteś? Co robisz?” ;)

Wdałam się parę dni temu w dyskusję na jakimś portalu informacyjnym i zostało mi zadanie oburzonym tonem pytanie:  „Zostawiłaby pani 10-letnie dziecko samo w domu na kilka godzin??!!” No owszem, zostawiłabym. Ba, zostawiałam. Młodsze również. Jasne, że nie skazywałam siedmiolatki na dziesięciogodzinną samotność, ale spokojnie dwie godziny w domu sama dawała radę. Zresztą, o zgrozo, zarówno ona, jak i teraz jej młodsza siostra, w wieku 4-5 lat na kwadrans, czy pół godziny zaczęła zostawać .
Rozumiem, że są różne dzieci. Mniej lub bardziej rozsądne, mniej lub bardziej szalone, mniej lub bardziej odważne. Więc oczywistym jest, że trzeba to wziąć pod uwagę, gdy się zaczyna dziecko zostawiać samo w domu. Ale kurczę, no, nie róbmy z dzieci inwalidów życiowych.  Dzisiejsze  młode pokolenie jest dojrzalsze od nas w ich wieku, zaufajmy im trochę. Plus uczmy jak mają sobie radzić, gdy będą same, jak postępować, gdy coś się stanie. Gdy się skaleczą. Gdy poparzą. Jeśli, oby nie, zaprószą ogień. Rzadko kto mieszka dziś na pustyni, bezludnej wyspie lub nie posiada telefonu.

Ja staram się dawać moim tyle wolności ile w ich wieku sama miałam. Zreszta tu w Finlandii jest właśnie tak jak kiedyś było w Polsce. Dzieci po szkole odwiedzają się nawzajem, eksplorują osiedle, w którym mieszkają, chodzą razem na lody do osiedlowego spożywczaka. W świetlicy siedzą tylko pierwszaki, ewentualnie drugoklasiści. Później hulaj dusza. I żyją. A nawet mają się dobrze. Za lekką przesadę uważam może to, że na dziecko, które skończyło 10 lat nie przysługuje już rodzicom zwolnienie lekarskie, ale z drugiej strony, jeśli nie jest ono powalone wysoką gorączką, czy odwodnione z powodu wrednej jelitówki, to ze zwykłą infekcją, jakimś katarem, kaszlem, czy bolącym gardłem faktycznie nie potrzebuje specjalnej opieki.

Tak, wiem, ludzie mieszkają w różnych miejscach. I to często determinuje ich decyzje dotyczące samodzielności dzieci. Jest to oczywiste, że trzeba mieć pewność, że będą bezpieczne. Ale nie zrozumiem prowadzenia wszędzie za rękę 11-12 latków i bycia z nimi na każdym kroku.  Pozwólmy dzieciom na samodzielność i zaufajmy, że dadzą sobie radę. Bo dadzą.
Ja dzisiaj zaufałam na tyle, że pozwoliłam starszej, 12-letniej córce iść po szkole z koleżanką do aqua parku. Bez osoby dorosłej. Po raz pierwszy. Nie powiem, lekko się niepokoję. Ale nie da się trzymać dziecka pod kloszem.
Życzę rodzicom w Polsce, by strajk nie trwał długo, a nauczycielom, przy przyniósł pożądany skutek.

A dzieciom, by rodzice pozwolili im na samodzielność. Nawet, jeśli wiąże się to z naszym stresem, bo ten, mniejszy lub większy, towarzyszy nam na każdym etapie wychowania dziecka.

I uprzedzę ewentualne uwagi na temat przepisów – nie, nie ma żadnego dokumentu prawnego mówiącego, że nie wolno zostawiać dzieci w wieku poniżej 13 lat bez opieki dorosłych. Sprawdziłam.

 

wtorek, 2 kwietnia 2019

Villasukat, czyli czego w szanującym się fińskim domu na pewno nie zabraknie ;)

Klimat w Finlandii jest ostry. Lata bywają piękne, ciepłe, a nawet gorące, ale krótkie. Większość roku to chłodna wiosna i zimna jesień. Zimowe mrozy trzymają często przez ładnych kilka miesięcy.
Trzeba więc dostosować się do warunków i posiadać odpowiednią odzież. Jednym z jej fragmentów są dziergane skarpety, czyli villasukat (dosłownie – wełniane skarpety, ale z zawartością wełny we włoczkach bywa różnie).
Villasukat to wręcz część fińskiej kultury. Noszą je wszyscy. Od noworodków po staruszki. I to nie tylko wiosną i jesienia do kaloszy, a zimą do kozaków (bo przy -20 nawet najcieplejsze buty nie wystarczą).
Villasukat zastępują też kapcie. Są synonimem przytulności, domowego ciepła, wygody i wypoczynku. Dbałości o stopy. Nie krępują ich, nie mają twardej podeszwy ani szwów.
Nie kupi się ich w odzieżowych sieciówkach. Mogą być jednolite, lub wielokolorowe. Są ręcznie robione. Przez mamy, babcie, ciocie. Stanowią doskonały prezent świąteczny. Ma je każdy. W różnych ilościach. Gubią się niestety jak ich bawełniane kuzynki, czyli pojedynczo ;) 
Jestem ich wielbicielką. Chodze w nich niemal przez cały rok, głównie po domu. Ale i w pracy są dni, gdy wyskakuję z eleganckich czółenek i pomykam w miekkich, kolorowych skarpetach.
Ciekawe, czy kiedykolwiek przełamię swoją niechęć do ręcznych robótek i nauczę się je dziergać. W końcu mam nadzieję na wnuki w przyszłości, ktoś je będzie musiał w villasukat zaopatrywać :)