Pominę też ciąże
i porody, do nich również powrócę kiedyś w osobnym poście, bo to taka inna
medycyna jest.
Dzisiaj podam
tylko kilka przykładów z własnego doświadczenia.
Gdy moja
starsza córka miała 7 lat, zauważyłam u niej niepokojące objawy, które chciałam
skonsultować z neurologiem. Do specjalistów trzeba mieć skierowanie,
zadzwoniłam więc do przychodni rejonowej, by zapisać ją do lekarza pierwszego
kontaktu. Po opisaniu tego co mnie martwiło, dostałam termin na następny dzień.
Internistka przeprowadziła wywiad, zbadała córkę, stwierdziła, że faktycznie
potrzebna jest opinia neurologa, po czym wpisała do systemu skierowanie, jako „średnio
pilne”, bo objawy nie świadczyły o dużym zagrożeniu. Miałyśmy czekać na „zaproszenie”
z kliniki neurologicznej, która to skierowanie w systemie „widziała”.
Telefon
zadzwonił już następnego dnia, wyznaczono nam wizytę, jej termin był za 3 dni.
Neurolog potwierdziła, że moje obawy mogą świadczyć o epilepsji – jej łagodnej
wersji, tzw. napadach nieświadomości. Uspokoiła mnie, że nie jest to
zagrażające życiu córki i zleciła badanie eeg. Jako „średnio pilne”. Właśnie
zaczynały się wakacje, miałyśmy lecieć za 2 tygodnie do Polski. Powiedziałam o
tym lekarce, ona na to, że w takim razie musimy się wyrobić przed wyjazdem, bo
nie można dziecku zepsuć planów wakacyjnych. I faktycznie. Znalazł się termin
na eeg, dzień po badaniu był telefon od lekarki, że faktycznie jest to, czego
się obawiałyśmy, więc zaprasza do kliniki na omówienie leczenia. Do Polski
leciałyśmy z diagnozą, planem leczenia oraz lekami w bagażu podręcznym.
Wizyty
kontrolne co pół roku były inicjowane przez klinikę, zaproszenia na nie
przychodziły pocztą, odpowiednio wcześnie, by nie mieszać nam w ewentualnych
planach. A ja nie musiałam pamiętać o zapisywaniu się na nie. W trakcie
leczenia zaobserwowałam kolejny objaw, który wymagał rezonansu magnetycznego
głowy, na który skierowanie było „niepilne”, więc termin wyznaczono na za „aż”
3 tygodnie. Na szczęście nic nie znaleziono, objaw (źrenice różnej wielkości
przy zmianach oświetlenia) zalecono obserwować, dodajac, że niektórzy ludzie po
prostu tak mają i że to prawdopodobnie minie. Minęło. Tak samo jak epilepsja,
która okazała się dziecięcą, uleczalną formą choroby. Po 2,5 roku leczenia
córka została oficjalnie „skeślona” z
listy pacjentów kliniki neurologii dziecięcej.
Kolej na mnie. W lutym tego roku wyczułam w piersi
coś. To coś mnie zaniepokoiło. Był czwartek wieczór. W piątek schowałam trochę
głowę w piasek, nic nie zrobiłam. W weekend poschizowałam, w poniedziałek
zadzwoniłam do przychodni. Automat odpowiedział, że wszyscy pracownicy
rejestracji są zajęci, zaproponował pozostawienie prośby o oddzwonienie.
Zostawiłam (czytaj – wybrałam 1 i krzyżyk). Po niecałej godzinie oddzwoniła do mnie
pracownica przychodni. Opisałam swój problem, znalazła termin na za godzinę.
Byłam w pracy, nie miałam jak w ciągu godziny dojechać, więc znalazł się termin na kolejny dzień.
Internistka wysłuchała, zbadała i stwierdziła, że trzeba diagnozować. Wystawiła
skierowanie na mammografię i usg, pilne. Miałam zadzwonić pod podany numer telefonu po wyjściu z
gabinetu. To był wtorek, Zadzwoniłam, dostałam termin na czwartek. Na oba
badania razem, z podkreśleniem, że jeśli lekarz wykonujący usg na podstawie
badania i wyniku mammografii uzna, że trzeba zrobić biopsję, wykona to od razu
na miejscu.
Miałam
szczęście, zmiana okazała się nie wymagającą biopsji, nie jest groźna, nie
trzeba nic z nią robić. Poza obserwowaniem.
Wszystkie moje
przykłady dotyczą publicznej służby zdrowia. Finansowanej z moich podatków.
Owszem, muszę za każdym razem uiszczać tak zwaną opłatę polikliniczną, w
wysokości 15-30 euro – do dzisiaj nie wiem od czego zależy ta kwota. Ale jest
to drobiazg w porównaniu z kosztami, jakie miałabym ponieść idąc do prywatnych
przychodni. Badania są darmowe. Terminy
krótkie, nawet te niepilne. Diagnozy szybkie. A przecież właśnie o to chodzi.
By działać szybko, gdy jest taka potrzeba.
Mam nadzieję,
że nigdy nie będę musiała zmienić o fińskiej służbie zdrowia zdania J


