poniedziałek, 22 marca 2021

Najszczęśliwszy kraj na świecie?

 Parę dni temu media opublikowały corocznego zestawienia „najszczęśliwszych” krajów na świecie. Finlandia po raz kolejny znalazła się na pierwszym miejscu.

I zaraz pojawiły się ironiczne uwagi na temat depresji, picia, półrocznych ciemności, smutnych twarzy Finów itd. Itp.
A ja po raz kolejny stwierdzam, że niefortunnie nazwano to zestawienie. Bo chodzi bardziej o poziom zadowolenia z życia, niż bycie szczęśliwym (tutaj decyduja inne czynniki niż te, które dają poczucie dobrego życia. Bardziej osobiste,że się tak wyrażę).
Owszem, w Finlandii jest trudny klimat, a Finowie są wycofani, zdystansowani i nie pokazują uczuć, czy emocji wobec ludzi, których nie znają. Ale to wszystko nie zmienia faktu, że Finlandia to kraj, w którym dobrze się żyje. I nie mówię tego tylko z własnego punktu widzenia (też bywa mi źle, też narzekam na pogodę, też miewam gorsze psychicznie okresy, jak każdy).
Skąd więc ta fińska „szczęśliwość”? Poczytałam wypowiedzi Finów oraz cudzoziemców mieszkających w Finlandii. Zastanowiłam się nad swoimi argumentami. Rozmawiam o tym często ze znajomymi. I stworzyłam listę argumentów, które sprawiają, że ludzie są zadowoleni z życia tutaj.
- Bezpieczeństwo. W szerokim tego słowa znaczeniu. Bezpiecznie jest na ulicach. W parku po zmroku. Dzieci bezpiecznie poruszają się po okolicy. Bezpieczna jest też przyszłość, bo nawet jeśli w życiu coś nie wyjdzie, nikt nie wyląduje na ulicy. Zabezpieczenia socjalne zapewnią minium, by przeżyć. O więcej trzeba postarać się samemu, ale to chyba oczywiste.
- Czyste powietrze i woda. Najczystsze w Europie. Nie wiem, czy nie na świecie. Dzięki temu ludzie są zdrowsi. I długo żyją. Umierają średnio w wieku prawie 81,5 lat.
- Najniższa na świecie umieralność noworodków, jeden z najniższych odsetków cięć cesarskich i rewelacyjna opieka okołoporodowa. Państwowa. Bez potrzeby załatwiania ani opłacania niczego.
- System edukacji. O tym wiele napisano. Podkreślam, żeby zapobiec zarzutom. Nie chodzi o poziom nauczania w podstawówkach, który faktycznie może nie jest najwyższy, ale daje podstawy. I umiejętności praktyczne oraz umiejętność szukania wiedzy. Czyli to, co jest najważniejsze. Nie każdy musi iść na studia. I właśnie tego uczy podstawówka ze swoim przyjaznym podejściem do człowieka.
- Technologia. Na każdym kroku. Z jednej strony trochę to smutne, bo technologia zaczyna wypierać człowieka, z drugiej – ułatwia życie. Nie trzeba wisieć na telefonie, by cokolwiek załatwić. Większość spraw można ogarnąć online. A jeśli trzeba pogadac z człlwiekiem, to dzwoniąc, można wybrać opcję oddzwonienia i wtedy wystarczy poczekać az druga strona oddzwoni. Czasem po chwili, czasem po godzinie, czasem następnego dnia. W zalezności od pilności sprawy.
– Rząd, któremu ufa większość społeczeństwa. Ufa, bo rząd, mimo, że nie idealny, działa dla dobra społeczeństwa. Zdarzają się potknięcia, błędy, ale to są ludzie tacy jak my. Nie myli sie ten, kto nic nie robi. Oraz prezydent, którego uwielbiają niemal wszyscy. Mądry, wyważony. Nie mówi dużo, ale jak coś powie, to już powie.
- Płacenie podatków. Jasne, nie jest to fajne, ale gdy wie się, że one wrócą w postaci darmowego obiadu dziecka w szkole, darmowego każdego zeszytu, ołówka, wszystkich materiałow na zajęcia plastyczne, czy gotowania, czy też w postaci opiekunki w przedszkolu, która zajmuje się tylko czwórką maluchów, albo pięciu osób personelu medycznego w ciągu doby, przypadających na jednego pacjenta OIOM-u, to chętnie się je płaci.
- Mentalność społeczeństwa – tu nie ma hejtu i komentowania wszystkiego i wszędzie oraz wtrącanie się w sprawy innych. Nie ma oceniania ludzi na podstawie ich wyglądu, stylu, czy orientacji seksualnej. Nie ma wywyższania się z powodu kasy lub piastowanego stanowiska - dzieci prezesa firmy chodzą do tej samej szkoły, co dzieci pani sprzątającej i pana jeżdżącego śmieciarką.
- Infrastruktura, transport publiczny na wysokim poziomie, kultura pracy, przestrzeń, poszanowanie prywatności (to wymieniają cudzoziemcy).
Poza tym Finowie chyba jakoś mniej potrzebują, by czuć się zadowolonymi. Ich cieszą cztery tygodnie letniego urlopu w domku nad morzem, czy jeziorem, gdzie często nie ma nawet bierzącej wody. Cieszy ich spokój, obcowanie z naturą, a ta jest tutaj przepiekna. I wszechobecna, choć trochę surowa, jak klimat. Nie potrzebują fajerwerków, ciągle nowych bodźców, dreszczyka emocji. Doceniają święty spokój i lampkę (no, czasem butelkę😉 ) wina wypitą na własnej kanapie, w piżamie, czy dresach. Bez potrzeby życia na pokaz i udowadniania komukolwiek czegokolwiek.
Ja osobiście uważam, że jeśli człowiek czuje się bezpiecznie, ma zaspokojone swoje potrzeby oraz nie boi się o własne jutro, żyje w kraju gdzie jest porządek i sensowne zasady oraz przepisy, których się przestrzega, a nie omija, a przy tym wszystkim może być sobą, to surowy klimat, deszcz i ciemności przez kilka miesięcy w roku to mały pikuś.

poniedziałek, 14 września 2020

Luzowanie.

 Fiński rząd podjął decyzję w sprawie nowych zasad strategii dotyczącej ruchu i podróży transgranicznych.

Od 19 września przestaje obowiązywać zalecenie kwarantanny dla podróżnych przybywających z krajów, w których wskaźnik zakażeń wynosi maksymalnie 25 przypadków na 100 000 mieszkańców notowanych w ciągu 14 dni.
Finlandia będzie jednak nadal kontrolować granice wewnętrzne do czasu zakończenia prac nad modelem opartym na obowiązku posiadania negatywnego wyniku testu wykonanego przed przyjazdem do Finlandii. Kontrola na granicach wewnętrznych odnosi się do granic między Finlandią a innymi europejskimi krajami Schengen.
Osoby wjeżdżające do kraju z krajów lub regionów o wyższej zachorowalności będą zobowiązane, z pewnymi wyjątkami, do posiadania zaświadczenia o negatywnym wyniku testu na obecność koronawirusa wykonanego mniej niż 72 godziny przed przyjazdem do Finlandii. Osoby wjeżdżające do kraju mogą zostać poddane kwarantannie zgodnie z ustawą o chorobach zakaźnych. Kwarantanna będzie mogła zostać zakończona po otrzymaniu wyniku kolejnego testu, który wykonany byłby nie wcześniej niż 72 godziny po przyjeździe do kraju.
Jeżeli pobyt w Finlandii miałby trwać poniżej trzech dni, drugi test i kwarantanna nie będą wymagane.
Departament Zdrowia i Opieki Społecznej będzie co tydzień dokonywał przeglądu sytuacji krajów i regionów o niższej i wyższej zapadalności na koronawirusa. O ewentualnych zmianach na liście krajów z ograniczeniami i bez nich będzie decydować Zgromadzenie Ogólne Rządu na wniosek Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.
Obywatele Finlandii i osoby na stałe mieszkające w Finlandii nie będą musieli posiadać zaświadczenia o negatywnym wyniku testu, jednak po przybyciu z krajów z wyższą zachorowalnością będą kierowani na testy i kwarantannę.
Wprowadzenie modelu opartego na podwójnym testowaniu wymaga pilnych zmian legislacyjnych, takich jak nowelizacja ustawy o usługach transportowych, a także zwiększenia dostępności testów i punktów pobierania wymazów oraz innych środków zapewniających bezpieczeństwo zdrowotne w momencie wjazdu.
Rząd złoży wniosek do Parlamentu z propozycją dodania do ustawy o usługach transportowych nowych przepisów dotyczących obowiązku weryfikacji negatywnego wyniku badań dot. koronawirusa oraz przedstawienia zaświadczenia. Wstępny test będzie warunkiem wjazdu z krajów o wyższym wskaźniku, gdy tylko odpowiednia poprawka do prawa wejdzie w życie, co ma stać się do 23.11.2020
Do tego czasu, od 1 października będzie obowiązywał model przejściowy.
W okresie przejściowym w przypadku krajów o wskaźniku powyżej 25, przyjazdy do Finlandii dozwolone będą z ważnych powodów oraz będzie zalecone posiadania negatywnego wyniku testu i 14-dniowa kwarantanna po przyjeździe do Finlandii.
Wracając z krajów o wskaźniku powyżej 25, mieszkańcy Finlandii będą mogli skrócić okres dobrowolnej kwarantanny, składając wniosek o test zaraz po przybyciu do kraju i o kolejny test nie wcześniej niż po 72 godzinach. Drugi test i kwarantanna nie będą wymagane w przypadku pobytów krótszych niż 72 godziny.
Aktualnie Polska posiada wskaźnik 20,5. Jak przyznano w polskich mediach, ostatnie niższe dzienne liczby zakażeń wynikają z mniejszej liczby wykonywanych testów. Więc sytuacja może się w sumie szybko zmienić.
Nie wiem jak jest w innych krajach, bo nie raz tu podkreślałam, że piszę o Finlandii i Polsce dlatego, że te dwa państwa mnie obchodzą.
Poluzowanie mnie martwi. Wiem, że nie tylko mnie. Szkoda stracić to, co zostało osiągnięte do tej pory, ale prawa gospodarki są surowe. Kasę trzeba zarabiać.
Oby tylko za miesiąc nie zaistniała potrzeba ponownego zamknięcia szkół, restauracji i całej reszty ...

środa, 12 sierpnia 2020

Młodsza córka idzie do szkoły.

 Siedem lat temu przeżywałam to po raz pierwszy – początek szkolnej drogi dziecka. Teraz przeżywam drugi raz, bo młodsza zaczyna właśnie swoją szkolną przygodę.

Dzisiaj rano odbyło się zapoznanie dzieci z nauczycielką i salą. Miało być indywidualne szybkie pokazanie sie, kilka słow i  by inni też mogli sptkać się z nową panią. Jednak wleźli wszyscy jednocześnie, nauczycielka nie miała nic przeciwko temu, podchodziła do każdego osobno, zamieniała kilka słow. Po  dwudzestu minutach było po wszystkim. Nietypowo, normalnie wizyta zapoznawcza trwałaby z godzinę, byłyby jakieś wspólne zabawy i inne aktywności, spacer po całej szkole. No, ale korona wymusiła zmiany. Sala mojej córki jest spora, w klasię będzie 20 dzieci. Malutkie jednoosobowe stoliki ustawione są w  5 czteroosobowych zespołów, a prawie połowa sali jest pusta, tam dzieci będą siadały na podłodze i grały w różne gry, zabawy, rozmawiały itp.

Po południu odbyło się zebranie rodziców pierwszaków. Najpierw wspólne dla wszystkich, zorganizowane na szkolnym podwórku. Wystawiono głośnik i dyrektor oraz nauczycielki mówiły przez mikrofon.

Dyrektorka szybko omówiła kwestie koronowe, czyli bezpieczeństwa. Szkoła dzięki swojej budowie, została podzielona na 4 sektory. W każdym z nich będzie po 4-6 klas, w zależności od wielkości i liczby sal lekcyjnych w tych sektorach się znajdujących .  Nasza podstawówka jest nieduża, więc chodzą do niej tylko dzieci klas 1-4, a klasy 5 są cale przenoszone do szkoły w osiedlu obok i tam kontynuują naukę. W sumie jest około  450 dzieci, więc w sektorach będzie przebywało średnio około 120 osób. Sektory nie będą spotykać sie między sobą. Szkolne podwórko jest duże i też będzie podzielone tak, by dzieci się nie mieszały podczas przerw. Poza tym na przykład przerwę obiadową dzieci z różnych sektorów będą miały w innych godzinach, więc część dzieci będzie jadła podczas gdy inne będa bawiły się na podwórku lub boisku. W każdym sektorze są toalety, szatni ogólnej w szkole nie ma, na korytarzach przy każdej sali są wieszaki i stojaki na buty dla konkretnej, uczącej się w danej sali klasy. Na tym etapie jest to normą sprzed korony, bo dzieci wszystkie zajęcia  mają w tej samej sali, a na każdą przerwę wychodzą na powietrze. Więc ubieranieodbywa się szybko i sprawnie. Za każdym razem wchodząc  po przerwie do swojej sali dzieci będą myły ręce.

Do każdego sektora jest odrębne wejscie, sektory będą zaczynały i kończyły lekcje w 10-minutowych odstępach.

To wszystko ma na celu ograniczenie ewentualnej kwarantanny i przejście na zdalną naukę, jeśli w szkole pojawi się potwierdzony przypadek koronawirusa, do jednego sektora. Reszta szkoły będzie w takim wypadku kontynuwała normalny tryb nauki.

Gdy sprawy ogólnoorganizacyjne zostały przedstawione, rodzice z nauczycielkami przeszli do „swoich” klas. Tam każdy krótko się przedstawił, po czym nauczycielka opowiedziała o sobie i trochę o tym, jaki ma styl nauczania.

Od razu zrobiła na mnie dobre wrażenie. Ma fajne, trochę nieoczywiste poczucie humoru, 55 lat i akademicką przeszłość. Zanim zdecydowała się na nauczanie w podstawówce, prowadziła zajęcia z socjologii i psychologii na uniwersytecie. Ma troje dzieci, nastarsze w wieku 31, namłodsze -13 lat. Przyznała, że najbardziej lubi uczyc matematyki i robi to w niekonwencjonalny sposób, skupiając się na początku na rozwiązywaniu logicznych łamigłowek i zadań, a dopiero później „rachunkami” i działaniai matematycznymi. Z przekąsem stwierdziła, że zapewne my rodzice nie będziemy z tych jej zadań wiele kumać, za to przygotują one dzieci do „tradycyjnej” matematyki tak, że będa ją później ogarniać z palcem w nosie. Zobaczymy J Jej stwierdzenie, że dzieci, chociaż znają cyfry, to nie ogarniają znaczenia liczby oraz zapowiedź, że cyframi będą się zajmować dogłębnie i z każdej strony tak, że do grudnia  może dojdą do 8, budzi zaciekawienie ;)

W piątek dzieci mają dostać książki do matematyki, ale będą musiały same je znaleźć, właśnie rozwiązując po drodze szerg zadań i łamigłowek, które dadzą im wskazówki. Normalnie aż sama bym chciała do tej pierwszej klasy iść :D

Na ścianie nauczycielka powiesiła jeziorko z kartonu, dzieci codziennie będą tam zawieszać jedną rybkę, a gdy będzie ich już 100, będzie impreza J

Kirsi (tak ma na imię) chce jak najszybciej poznać dzieci, ich cechy, mocna i słabsze strony i poprosiła o pomoc rodziców, zapraszając każdego na indywidualne półgodzinne rozmowy o pociechach już w przyszłym tygodniu. Znowu bedę się musiała urwac z pracy...

A jutro moja mała córeczka pomaszeruje z tornistrem na plecach i spędzi w szkole swój pierwszy dzień pierwszego w zyciu roku szkolnego J

Chlip chlip, moja malutka dziewczynka już nie jest malutka...

 

sobota, 15 czerwca 2019

Jestem osobą, dla której szklanka jest do połowy pełna. Która stara się nie oglądać za siebie, nie żyć przeszłością, tylko tym co tu i teraz oraz tym co może jeszcze się wydarzyć. Realistyczną optymistką, która nie czeka na katastrofy ani rozczarowania, tylko wierzy, że będzie dobrze oraz widzi we wszystkim, albo co najmniej w większości pozytywne aspekty, starając się nie przejmować za bardzo tymi negatywnymi.
Czasem jednak i mnie dopada stan „znowu w życiu mi nie wyszło”. Jak chyba wszystkich. Wtedy pozwalam sobie na smutek. Na trochę poużalania się nad sobą. Na pomarudzenie, pojęczenie, czasem łzy. Ale choćby nie wiem jak dotkliwa była porażka, rozczarowanie, czy zawód, nie znoszę tkwić w takim stanie dłużej niż kilka dni. Bo on do niczego nie prowadzi, a już na pewno nie do poprawy sytuacji.
Każdy jest kowalem swojego losu. Jasne, nie wszystko zależy od nas. Czasem od innych ludzi, od przypadku, od szczęścia lub jego braku. Ale od nas zależy, czy utkwimy w tym swoim niepowodzeniu i będziemy marnować  życie w poczuciu, żewszystko jest nie tak, czy spróbujemy coś zmienić. Nie musi się udać od razu, za pierwszym razem. Nie musi za drugim. Nawet jeśli się nie uda, można znaleźć w tym jakiś sens, czy coś pozytywnego. Kiedyś, dawno temu, mój angielski kolega powiedział mi, że „everything happens for a reason”, czyli wszystko dzieje się po coś. Nawet porażka. Nawet rozczarowanie. Coś w tym jest. Nawet jeśli w piewszej chwili wydaje się, że coś, co odbierzemy jako przegraną, na dłuższą metę otworzy nam możliwości, które nie pojawiłyby się, gdyby przegrana nie nastąpiła.
W zeszłym roku zdarzyło się coś, co sprawiło, że na dłuższą chwilę straciłam grunt pod nogami i duże plany na życie. Oraz wiarę w ludzi i w to, że przyszłość będzie kolorowa. Ale tylko na chwilę. Dałam sobie wtedy prawo do bycia słabą, ale też tylko przez chwilę. Na dłużej nie mogłam sobie pozwolić. Ale też nie chciałam. Bo jeśli coś nie wypaliło, to znaczy, że tak miało być. Ba, po wielu przemyśleniach, doszłam do wniosku, że dobrze, że tak się właśnie stało, bo uratowało mnie to przez decyzjami, które niekoniecznie wyszłyby mi na dobre. Przed ludźmi, którzy niekoniecznie byli tacy, jakimi mi się wydawali.
Później okazało się, że dzięki temu, że coś nie wyszło, wyszło coś innego. A nawet kilka cosiów. Nie patrzę wiec w tył, bo nie warto. Ważniejsze jest tu i teraz oraz jutro. A o jutro muszę sama zadbać, bo nikt inny tego za mnie nie zrobi.
W tym roku również parę niekoniecznie fajnych spraw mnie dopadło, coś się nie udało. Ostatnio nawet w tym tygodniu. I tak, jest mi smutno, czuję się rozczarowana, zastanawiam się, co zrobiłam nie tak ale i  czy w ogóle coś nie tak zrobiłam, czy może tak po prostu miało być. Ale mimo tego widzę też pozytywne drobiazgi i nie zamierzam siedzieć i jęczeć. Jest jak jest i trzeba to tak przyjmować, by było dobrze. Zresztą nigdy przecież nie jest tak źle, żeby nie mogło byc gorzej ;)
Jeśli więc tkwicie w czymś, co wydaje Wam się bez sensu, bez przyszłości, w czym się nie ralizujecie, czy czujecie źle, to albo ruszcie tyłki by to zmienić lub zostawić za sobą, albo, jeśli tak się nie da (bo nie zawsze się da, przynajmniej od razu), spróbujcie znaleźć pozytywy sytuacji, nie trzymajcie się kurczowo negatywów.
Co i ja zamierzam uczynić, gdy trochę się nad sobą poużalam (do czego każdy ma prawo, byle by tylko nie przesadził i nie utknął w tym użalaniu na wieki). Bo życie jest fajne, trzeba tylko umieć to zauważyć J

poniedziałek, 3 czerwca 2019

Nowy fiński rząd

W kwietniu odbyły się w Finlandii wybory parlamentarne. Ich wyniki były lekko zaskakujące. Wygrała co prawda Socjaldemokracja, czego wszyscy się spodziewali, jednak drugie miejsce, depcząc socjaldemokratom po piętach, zajęli Prawdziwi Finowie – jak sama nazwa wskazuje, ugrupowanie z zapędami nacjonalistycznymi,  krytycznie nastawione do Unii Europejskiej. Dopiero trzecia była centro-prawicowa Koalicja, a za nią uplasowało się Centrum, jako największy przegrany (była partia rządowa, z premierem na czele), Zieloni, Lewica i Szwedzka Partia Ludowa.

Przewodniczący Socjaldemokracji przyjął rolę „budowniczego” nowego rządu, czym prędzej rozpoczął rozmowy z pozostałymi partiami i w wyniku tych rozmów, do negocjacji rządowych zaprosił Centrum, Zielonych, Sojusz Lewicy oraz Szwedów. Prawdziwych Finów nie  :P Prace nad programem rządowym trwały ponad trzy tygodnie. Dzisiaj przed południem, został on opublikowany. Mnie, matkę dzieci w wieku szkolnymi i zerówkowym, najbardziej interesowały plany nowego rządu dotyczące edukacji i polityki rodzinnej. Poprzedni rząd wprowadził w tej sferze (w innych też zresztą również) spore cięcia, które niestety dało się odczuć. Nie mam o to pretensji, Finlandia pozostająca w kryzysie, potrzebowała ich. A dzięki oszczędzaniu przez cztery lata, teraz gospodarka znajduje się w jako-takim stanie (do równowagi jeszcze jej sporo brakuje, ale jej osiągniecie jest celem nowego rządu) i dzisiaj obwieszczono, że uda się na edukację i poprawę sytuacji rodzin, przeznaczyć całkiem spore pieniądze.

Program rządowy liczy prawie 200 stron, nie czytałam go jeszcze. Wysłuchałam tylko dzisiejszego wstąpienia przewodniczących partii rządowych i pobieżnie przejrzałam rozdziały dotyczące edukacji. Nie będę opisywać wszystkiego ze szczegółami, myślę, że niewiele osób by one zainteresowały. Podam tylko te najistotniejsze wg mnie punkty, które przewijały się już w kampanii przedwyborczej, a dzisiaj zostały potwierdzone.

- przywrócenie dostępności edukacji przedszkolnej wszystkim dzieciom w pełnym wymiarze (poprzedni rząd dzieciom, których jeden z rodziców nie pracował, czy to z powodu braku pracy, czy z powodu opieki nad młodszym dzieckiem/dziećmi zabrał to prawo na rzecz zagwarantowania 20 godzin tygodniowo)

- pilotażowy program dwuletniej zerówki, którą zaczynałyby już pięciolatkowie

- przedłużenie obowiązku szkolnego do skończenie przez ucznia 18 lat (aktualnie 16)

- a co za tym idzie, zapewnienie pełnej bezpłatności szkolnictwa średniego (aktualnie nauczanie jest darmowe, ale książki, materiały, przybory oraz wszystko co potrzebują uczniowie techników, czy szkół zawodowych finansują rodzice)

- powrót języka szwedzkiego jako przedmiotu obowiązkowego na maturze (jest to drugi w Finlandii obowiązujący język urzędowy)

- zapewnienie obecności w każdej szkole, od podstawówek po szkoły średnie pracowników dbających o wsparcie uczniów w nauce, wsparcie psychiczne i zdrowotne, zerowa tolerancja dla wykluczania z grupy i jakichkolwiek prześladowań

- reforma systemu urlopów rodzicielskich i wychowawczych – ma to poprawić sytuację kobiet na rynku pracy oraz uaktywnić ojców w opiece nad dziećmi

- reforma systemu podatkowego z ukłonem w kierunku rodzin o niskich dochodach, by ich dzieci nie miały znacznie gorszej sytuacji materialnej od rówieśników

-  działania na rzecz ochrony środowiska i zapobiegania ociepleniu klimatu mają zapewnić Finlandii neutralność w kwestii emisji dwutlenku węgla najpóźniej w 2035 roku.

Mocno lewicowy rząd ma zapędy socjalistyczne, chce dążyć do wzmocnienia pozycji Finlandii jako państwa opiekuńczego. A ja nie mam nic przeciwko temu i cieszę się, że moje dzieci właśnie w takim kraju dorastają J

wtorek, 21 maja 2019

Do Polski

Nabyłam dzisiaj drogą kupna bilety lotnicze do Polski. Gdy mieszka się za granicą i ma się dzieci, to urlop jest jedyną okazją, by pobyć dłużej w ojczyźnie, pokazać ją potomstwu oraz zadbać o kontakt z polską rodziną i językiem.

Chciałabym wybrać się czasem gdzieś indziej. Ale póki mam rodziców, będę zawsze leciała do nich. Chcę, by dziadkowie nacieszyli się dziewczynkami, a one nimi. Sama tez chcę z nimi pobyć. Trochę świata zwiedziłam przed założeniem rodziny, trochę udało mi się zobaczyć w czasie podróży służbowych. Teraz wakacje = Polska i już.
W zasadzie to planowałam podróż samochodem. Przez Estonię, Łotwę i Litwę, z noclegiem gdzieś po drodze. Ale po przemyśleniu sprawy zdecydowałam się jednak lecieć. Po pierwsze tak będzie szybciej, po drugie  - moje obie córki są z tych „kręconych” i już po godzinie przymusowego siedzenia w miejscu zaczynają jęczeć  i dopytywać „kiedy będziemy na miejscu?”. Po trzecie młodsza ma chorobę lokomocyjną objawiającą się wyłącznie w samochodzie, musiałaby więc całą drogę być naćpana aviomarinem. Po czwarte – trochę stchórzyłam. Będę z nimi sama, a niechby się fura rozkraczyła gdzieś in the middle of nowhere na litewskiej, czy łotewskiej drodze, załatwianie wszystkiego – lawety, hotelu, ogarnianie bagażu i młodych oraz naprawy auta spoczywałoby na mojej głowie. No i po kolejne – gdyby w drodze „tam” okazało się, że było fatalnie (jęczenie, zmęczenie itp.), to cały urlop spędziłabym na zamartwianiu się, że będę musiała wrócić.

Kiedyś gdy statek towarowy kursujący między Finlandią, a Polską zabierał też pasażerów prywatnych i ich samochody, wybrałam się z jedną jeszcze wtedy córką i samochodem. Ale dojazd do portu w Finlandii był kwestią pół godziny, a trasa z Gdyni do Olsztyna to niecałe 200km. Szkoda, że nie ma już tej opcji, na pewno bym z niej skorzystała. Samolot jednak mocno ogranicza zakupy w Polsce, z powodu limitów bagażowych ;)
Latam z dziećmi od kiedy je mam. Młode to kochają i od niemowlęctwa zachowują się w samolocie wzorowo. Na pewno sprzyja temu krótki czas lotu zarówno do Warszawy, jak i Gdańska, a to są nasze opcje, w zależności od typu samolotu trwa on tylko 1,5-2 godziny.
Najłatwiej było z niemowlakami. Nie pozwoliłam spać przed samym lotem, troszkę przegłodziłam i w czasie startu ciumając pierś zasypiały, przesypiały na moich kolanach cały lot i budziły się (albo i nie) dopiero podczas lądowania (wtedy też karmiłam, zapobiegając tym zatykaniu się uszu).
Pierwszy lot ze starszą zapamiętam do końca życia. Zasnęła jedząc podczas startu. Spała przez cały lot, po czym podczas lądowania obudziła się. Zatkałam biustem, ciumała więc spokojnie oraz... wykonała kupsko. Nie było jak przewinąć. Na dodatek nie miałam wózka, tylko chustę, w którą po wylądowaniu musiałam ją z tym kupskiem wsadzić, ściśle i przylegająco do mnie. Po wyjściu z samolotu postanowiłam odebrać bagaże i wyjść do czekającej na nas mojej mamy, i dopiero wtedy zająć się przewijaniem. Nie przewidziałam, że po wyjściu ze strefy odbioru bagażu nie będę miała szansy na pomieszczenie z przewijakiem. Ono było tam, gdzie odbierało się bagaże... Po drugiej stronie były normalne toalety i umywalka z wodą lecącą gdy machnęło się ręką przed czujnikiem. A młodej kupsko podjechało w chuście pod same pachy, nadawała  się do totalnej przebiórki oraz kąpieli. Myłam ją przed publicznością złożoną z pań stojących w kolejce do kibelka, pod dość zimna wodą, która leciała i przestawała lecieć, przebierałam na brzegu umywalki. Da się? Da się!

Kolejny lot miał miejsce, gdy młoda miała 10 miesięcy i była na etapie chodzenia trzymając się za dorosłą rękę. Chodziłyśmy więc przez cały lot w tę i we wtę, od cockpitu po ogon, doszłyśmy w ten sposób na piechotę do Warszawy.
A później już było ok. Książki, małe zabawki, kolorowanki i kilka kredek zapewniało zajęcie praktycznie na cały lot. W między czasie jakaś przekąska i już zaczynało się lądowanie. Z młodszą jest tak samo. Pierwszy lot zaliczyła w wieku 3 miesięcy, kolejny pół roku później. W wieku dwóch lat sama zasiadała na swoim miejscu i zapinała pasy na czas startu i lądowania. Żaden lot nigdy nie stał się traumą, czy problemem. Więc do dziś radzę wszystkim rodzicom, by maluszkom zapewniali picie/jedzenie na start i lądowanie, jakieś zajęcie na czas lotu i będzie ok. No, chyba, że lot ma potrwać 10, czy 12 godzin. Na takie to sama się nie piszę, po trzech zaczynam dostawać szału ;)

Samochodem może wybierzemy się do Polski za rok ;)

sobota, 11 maja 2019

Ja mama

Dzień Matki jest w Finlandii obchodzony zawsze w druga niedzielę maja. I zawsze wywieszane są z tej okazji flagi. Dzięki temu, że święto obchodzone jest zawsze w dzień wolny od pracy, można naprawdę spędzić je świętując. Dzieci mają wtedy czas dla swoich mam, a one dla dzieci.

Obserwując świat, rozmawiając ze znajomymi, czytając blogi, czy obserwując konta blogerek w mediach społecznościowych zauważam dwa macierzyńskie trendy – męczeński oraz cukierkowy ;) Oraz trzeci, mieszankę tych dwóch. Moje doświadczenia wpisują się właśnie w ten trzeci.
Uważam macierzyństwo za świetną sprawę. Nie traktuję go jako misji, nie zamęczam się poczuciem obowiązku wychowania dzieci według jakiegoś z góry przyjętego planu. Nie mam potrzeby naciskać na mega wypasioną edukację. Nie szaleję ze sztywnym przestrzeganiem zasad dobrego odżywiania. Nie żyję w wiecznym stresie w związku ze zdrowiem dzieci, czy ich bezpieczeństwem. Nie drżę o ich przyszłość. Chcę by były szczęśliwe, by same dokonywały życiowych wyborów, w których bez względu na wszystko zawsze będę je wspierać. By wiedziały, że z każdym problemem, przewinieniem, dylematem, ale też radością, osiągnięciem i całą resztą mogą zawsze przyjść do mnie. O każdej porze dnia i nocy.

Moje dzieci uczą się tyle ile zakłada to przedszkole i szkoła. Jedzą słodycze. Gapią się w tablet i telefon.
Ale również rozmawiają ze mną o świecie, o ludziach, o wszystkim, o czym chcą rozmawiać. Ich dieta jest zbilansowana i zawiera wszystko co powinna (plus to, co nie do końca jest potrzebne, ale w rozsądnych ilościach krzywdy wielkiej nie wyrządzi). Czytają książki (lub ja im czytam), chociaż za tym nie przepadają. Obserwują, komentują, rozczulają i wkurzają.

Starsza córka uprawia wyczynowo sport, przez co mamy dla siebie bardzo mało czasu. Młodsza chodzi do przedszkola i cały czas poza nim praktycznie spędza ze mną.
Generalnie i oficjalnie nie lubię dzieci. Moje własne to co innego ;) Ale i z nimi nie lubię się bawić. Nie lubię chodzić na plac zabaw. Nie lubię organizować aktywności plastycznych.
Najtrudniejszy, najnudniejszy dla mnie okres w macierzyństwie to ten, gdy dziecko jest w wieku przedszkolnym. Uwielbiałam spędzać czas z moimi niemowlakami, obserwować jak zmieniały się i praktycznie każdego dnia uczyły czegoś nowego. Teraz lubię rozmowy z dwunastolatką – o ciuchach, o koleżankach, o muzyce, czy tez tej jej gimnastyce. Z pięciolatką mam problem. Na szczęście ten wiek przedszkolny mamy już prawie z głowy ;) Jeszcze rok z kawałkiem i młoda stanie się bardziej samodzielna, pójdzie do szkoły, zacznie budować swój własny świat i ze mną będzie chciała dyskutować, a nie bawić się lalkami. Już jest lepiej niż kilka miesięcy temu.

W tej chwili jest taki czas, że praktycznie wszystkie moje chwile poza pracą podporządkowane są dzieciom. Byciu z młodszą, planowaniu strojów na przedszkolne imprezy, kupowaniu prezentów urodzinowych dla koleżanek, wyprawom na nudne place zabaw i w inne atrakcyjne dla niej miejsca. Wspieraniu starszej w jej pasji – wożeniu, przygotowywaniu posiłków, by wpadając na chwilę do domu między szkołą, a treningami, gdy ja jestem jeszcze w pracy, zjadła coś porządnego, co dostarczy jej „zdrowej” energii na 3-3,5 godzinny wysiłek. Rozmawianiu o sukcesach i porażkach na zawodach, a gdy trzeba – przyklejaniu pierdyliarda dżetów do strojów, w których startuje w zawodach. Bywam zmęczona, miewam dość. Narzekam. Wkurzam się na młodszą, bo jest strasznie humorzasta, na starsza, gdy wywraca oczami na wszystkie strony, bo dopada ja lekki buncik wieku dojrzewania. Na obie za wieczny bałagan.
Ale nie czuję, żebym cokolwiek poświęcała, traciła. Matką zostałam dość późno, wcześniej zdążyłam przeżyć dużo. Miałam czas i pieniądze wyłącznie do swojej dyspozycji. Korzystałam z tego bez ogródek. A gdy był już kandydat na ojca moich dzieci, a ja dojrzałam do macierzyństwa, byłam gotowa zrezygnować z tego, co wcześniej wypełniało moje życie. Z radością. I z radością się w tym macierzyństwie zanurzyłam. Bo ono jest fajne. Trzeba tylko pamiętać, by go sobie nie obrzydzić zbyt wysoko postawioną poprzeczką. Bo to ma być radość, a nie udręka J
Jedno jest pewne. Narodziny dziecka, zwłaszcza pierwszego, przewartościowują świat. Ja, gdy urodziła się moja pierwsza córka, stałam się całkiem inną osobą. Swoje uczucia opisałam wtedy tak: