Parę dni temu media opublikowały corocznego zestawienia „najszczęśliwszych” krajów na świecie. Finlandia po raz kolejny znalazła się na pierwszym miejscu.
karimatka
Matka Polka w Finlandii
poniedziałek, 22 marca 2021
Najszczęśliwszy kraj na świecie?
poniedziałek, 14 września 2020
Luzowanie.
Fiński rząd podjął decyzję w sprawie nowych zasad strategii dotyczącej ruchu i podróży transgranicznych.
środa, 12 sierpnia 2020
Młodsza córka idzie do szkoły.
Siedem lat temu przeżywałam to po raz pierwszy – początek szkolnej drogi dziecka. Teraz przeżywam drugi raz, bo młodsza zaczyna właśnie swoją szkolną przygodę.
Dzisiaj rano
odbyło się zapoznanie dzieci z nauczycielką i salą. Miało być indywidualne
szybkie pokazanie sie, kilka słow i by
inni też mogli sptkać się z nową panią. Jednak wleźli wszyscy jednocześnie,
nauczycielka nie miała nic przeciwko temu, podchodziła do każdego osobno,
zamieniała kilka słow. Po dwudzestu
minutach było po wszystkim. Nietypowo, normalnie wizyta zapoznawcza trwałaby z
godzinę, byłyby jakieś wspólne zabawy i inne aktywności, spacer po całej
szkole. No, ale korona wymusiła zmiany. Sala mojej córki jest spora, w klasię
będzie 20 dzieci. Malutkie jednoosobowe stoliki ustawione są w 5 czteroosobowych zespołów, a prawie połowa sali
jest pusta, tam dzieci będą siadały na podłodze i grały w różne gry, zabawy,
rozmawiały itp.
Po południu
odbyło się zebranie rodziców pierwszaków. Najpierw wspólne dla wszystkich,
zorganizowane na szkolnym podwórku. Wystawiono głośnik i dyrektor oraz
nauczycielki mówiły przez mikrofon.
Dyrektorka
szybko omówiła kwestie koronowe, czyli bezpieczeństwa. Szkoła dzięki swojej
budowie, została podzielona na 4 sektory. W każdym z nich będzie po 4-6 klas, w
zależności od wielkości i liczby sal lekcyjnych w tych sektorach się
znajdujących . Nasza podstawówka jest
nieduża, więc chodzą do niej tylko dzieci klas 1-4, a klasy 5 są cale
przenoszone do szkoły w osiedlu obok i tam kontynuują naukę. W sumie jest około
450 dzieci, więc w sektorach będzie
przebywało średnio około 120 osób. Sektory nie będą spotykać sie między sobą.
Szkolne podwórko jest duże i też będzie podzielone tak, by dzieci się nie
mieszały podczas przerw. Poza tym na przykład przerwę obiadową dzieci z różnych
sektorów będą miały w innych godzinach, więc część dzieci będzie jadła podczas
gdy inne będa bawiły się na podwórku lub boisku. W każdym sektorze są toalety,
szatni ogólnej w szkole nie ma, na korytarzach przy każdej sali są wieszaki i
stojaki na buty dla konkretnej, uczącej się w danej sali klasy. Na tym etapie
jest to normą sprzed korony, bo dzieci wszystkie zajęcia mają w tej samej sali, a na każdą przerwę
wychodzą na powietrze. Więc ubieranieodbywa się szybko i sprawnie. Za każdym
razem wchodząc po przerwie do swojej sali
dzieci będą myły ręce.
Do każdego
sektora jest odrębne wejscie, sektory będą zaczynały i kończyły lekcje w
10-minutowych odstępach.
To wszystko ma
na celu ograniczenie ewentualnej kwarantanny i przejście na zdalną naukę, jeśli
w szkole pojawi się potwierdzony przypadek koronawirusa, do jednego sektora.
Reszta szkoły będzie w takim wypadku kontynuwała normalny tryb nauki.
Gdy sprawy
ogólnoorganizacyjne zostały przedstawione, rodzice z nauczycielkami przeszli do
„swoich” klas. Tam każdy krótko się przedstawił, po czym nauczycielka
opowiedziała o sobie i trochę o tym, jaki ma styl nauczania.
Od razu zrobiła
na mnie dobre wrażenie. Ma fajne, trochę nieoczywiste poczucie humoru, 55 lat i
akademicką przeszłość. Zanim zdecydowała się na nauczanie w podstawówce,
prowadziła zajęcia z socjologii i psychologii na uniwersytecie. Ma troje
dzieci, nastarsze w wieku 31, namłodsze -13 lat. Przyznała, że najbardziej lubi
uczyc matematyki i robi to w niekonwencjonalny sposób, skupiając się na
początku na rozwiązywaniu logicznych łamigłowek i zadań, a dopiero później „rachunkami”
i działaniai matematycznymi. Z przekąsem stwierdziła, że zapewne my rodzice nie
będziemy z tych jej zadań wiele kumać, za to przygotują one dzieci do „tradycyjnej”
matematyki tak, że będa ją później ogarniać z palcem w nosie. Zobaczymy J Jej stwierdzenie, że dzieci, chociaż
znają cyfry, to nie ogarniają znaczenia liczby oraz zapowiedź, że cyframi będą
się zajmować dogłębnie i z każdej strony tak, że do grudnia może dojdą do 8, budzi zaciekawienie ;)
W piątek dzieci
mają dostać książki do matematyki, ale będą musiały same je znaleźć, właśnie
rozwiązując po drodze szerg zadań i łamigłowek, które dadzą im wskazówki.
Normalnie aż sama bym chciała do tej pierwszej klasy iść :D
Na ścianie
nauczycielka powiesiła jeziorko z kartonu, dzieci codziennie będą tam zawieszać
jedną rybkę, a gdy będzie ich już 100, będzie impreza J
Kirsi (tak ma
na imię) chce jak najszybciej poznać dzieci, ich cechy, mocna i słabsze strony
i poprosiła o pomoc rodziców, zapraszając każdego na indywidualne półgodzinne
rozmowy o pociechach już w przyszłym tygodniu. Znowu bedę się musiała urwac z
pracy...
A jutro moja
mała córeczka pomaszeruje z tornistrem na plecach i spędzi w szkole swój
pierwszy dzień pierwszego w zyciu roku szkolnego J
Chlip chlip, moja malutka dziewczynka już nie jest malutka...
sobota, 15 czerwca 2019
Czasem jednak i mnie dopada stan „znowu w życiu mi nie wyszło”. Jak chyba wszystkich. Wtedy pozwalam sobie na smutek. Na trochę poużalania się nad sobą. Na pomarudzenie, pojęczenie, czasem łzy. Ale choćby nie wiem jak dotkliwa była porażka, rozczarowanie, czy zawód, nie znoszę tkwić w takim stanie dłużej niż kilka dni. Bo on do niczego nie prowadzi, a już na pewno nie do poprawy sytuacji.
Każdy jest kowalem swojego losu. Jasne, nie wszystko zależy od nas. Czasem od innych ludzi, od przypadku, od szczęścia lub jego braku. Ale od nas zależy, czy utkwimy w tym swoim niepowodzeniu i będziemy marnować życie w poczuciu, żewszystko jest nie tak, czy spróbujemy coś zmienić. Nie musi się udać od razu, za pierwszym razem. Nie musi za drugim. Nawet jeśli się nie uda, można znaleźć w tym jakiś sens, czy coś pozytywnego. Kiedyś, dawno temu, mój angielski kolega powiedział mi, że „everything happens for a reason”, czyli wszystko dzieje się po coś. Nawet porażka. Nawet rozczarowanie. Coś w tym jest. Nawet jeśli w piewszej chwili wydaje się, że coś, co odbierzemy jako przegraną, na dłuższą metę otworzy nam możliwości, które nie pojawiłyby się, gdyby przegrana nie nastąpiła.
W zeszłym roku zdarzyło się coś, co sprawiło, że na dłuższą chwilę straciłam grunt pod nogami i duże plany na życie. Oraz wiarę w ludzi i w to, że przyszłość będzie kolorowa. Ale tylko na chwilę. Dałam sobie wtedy prawo do bycia słabą, ale też tylko przez chwilę. Na dłużej nie mogłam sobie pozwolić. Ale też nie chciałam. Bo jeśli coś nie wypaliło, to znaczy, że tak miało być. Ba, po wielu przemyśleniach, doszłam do wniosku, że dobrze, że tak się właśnie stało, bo uratowało mnie to przez decyzjami, które niekoniecznie wyszłyby mi na dobre. Przed ludźmi, którzy niekoniecznie byli tacy, jakimi mi się wydawali.
Później okazało się, że dzięki temu, że coś nie wyszło, wyszło coś innego. A nawet kilka cosiów. Nie patrzę wiec w tył, bo nie warto. Ważniejsze jest tu i teraz oraz jutro. A o jutro muszę sama zadbać, bo nikt inny tego za mnie nie zrobi.
W tym roku również parę niekoniecznie fajnych spraw mnie dopadło, coś się nie udało. Ostatnio nawet w tym tygodniu. I tak, jest mi smutno, czuję się rozczarowana, zastanawiam się, co zrobiłam nie tak ale i czy w ogóle coś nie tak zrobiłam, czy może tak po prostu miało być. Ale mimo tego widzę też pozytywne drobiazgi i nie zamierzam siedzieć i jęczeć. Jest jak jest i trzeba to tak przyjmować, by było dobrze. Zresztą nigdy przecież nie jest tak źle, żeby nie mogło byc gorzej ;)
Jeśli więc tkwicie w czymś, co wydaje Wam się bez sensu, bez przyszłości, w czym się nie ralizujecie, czy czujecie źle, to albo ruszcie tyłki by to zmienić lub zostawić za sobą, albo, jeśli tak się nie da (bo nie zawsze się da, przynajmniej od razu), spróbujcie znaleźć pozytywy sytuacji, nie trzymajcie się kurczowo negatywów.
Co i ja zamierzam uczynić, gdy trochę się nad sobą poużalam (do czego każdy ma prawo, byle by tylko nie przesadził i nie utknął w tym użalaniu na wieki). Bo życie jest fajne, trzeba tylko umieć to zauważyć J
poniedziałek, 3 czerwca 2019
Nowy fiński rząd
wtorek, 21 maja 2019
Do Polski
Najłatwiej było z niemowlakami. Nie pozwoliłam spać przed samym lotem, troszkę przegłodziłam i w czasie startu ciumając pierś zasypiały, przesypiały na moich kolanach cały lot i budziły się (albo i nie) dopiero podczas lądowania (wtedy też karmiłam, zapobiegając tym zatykaniu się uszu).
Pierwszy lot ze starszą zapamiętam do końca życia. Zasnęła jedząc podczas startu. Spała przez cały lot, po czym podczas lądowania obudziła się. Zatkałam biustem, ciumała więc spokojnie oraz... wykonała kupsko. Nie było jak przewinąć. Na dodatek nie miałam wózka, tylko chustę, w którą po wylądowaniu musiałam ją z tym kupskiem wsadzić, ściśle i przylegająco do mnie. Po wyjściu z samolotu postanowiłam odebrać bagaże i wyjść do czekającej na nas mojej mamy, i dopiero wtedy zająć się przewijaniem. Nie przewidziałam, że po wyjściu ze strefy odbioru bagażu nie będę miała szansy na pomieszczenie z przewijakiem. Ono było tam, gdzie odbierało się bagaże... Po drugiej stronie były normalne toalety i umywalka z wodą lecącą gdy machnęło się ręką przed czujnikiem. A młodej kupsko podjechało w chuście pod same pachy, nadawała się do totalnej przebiórki oraz kąpieli. Myłam ją przed publicznością złożoną z pań stojących w kolejce do kibelka, pod dość zimna wodą, która leciała i przestawała lecieć, przebierałam na brzegu umywalki. Da się? Da się!
sobota, 11 maja 2019
Ja mama
Najtrudniejszy, najnudniejszy dla mnie okres w macierzyństwie to ten, gdy dziecko jest w wieku przedszkolnym. Uwielbiałam spędzać czas z moimi niemowlakami, obserwować jak zmieniały się i praktycznie każdego dnia uczyły czegoś nowego. Teraz lubię rozmowy z dwunastolatką – o ciuchach, o koleżankach, o muzyce, czy tez tej jej gimnastyce. Z pięciolatką mam problem. Na szczęście ten wiek przedszkolny mamy już prawie z głowy ;) Jeszcze rok z kawałkiem i młoda stanie się bardziej samodzielna, pójdzie do szkoły, zacznie budować swój własny świat i ze mną będzie chciała dyskutować, a nie bawić się lalkami. Już jest lepiej niż kilka miesięcy temu.
Jedno jest pewne. Narodziny dziecka, zwłaszcza pierwszego, przewartościowują świat. Ja, gdy urodziła się moja pierwsza córka, stałam się całkiem inną osobą. Swoje uczucia opisałam wtedy tak:
