sobota, 15 czerwca 2019

Jestem osobą, dla której szklanka jest do połowy pełna. Która stara się nie oglądać za siebie, nie żyć przeszłością, tylko tym co tu i teraz oraz tym co może jeszcze się wydarzyć. Realistyczną optymistką, która nie czeka na katastrofy ani rozczarowania, tylko wierzy, że będzie dobrze oraz widzi we wszystkim, albo co najmniej w większości pozytywne aspekty, starając się nie przejmować za bardzo tymi negatywnymi.
Czasem jednak i mnie dopada stan „znowu w życiu mi nie wyszło”. Jak chyba wszystkich. Wtedy pozwalam sobie na smutek. Na trochę poużalania się nad sobą. Na pomarudzenie, pojęczenie, czasem łzy. Ale choćby nie wiem jak dotkliwa była porażka, rozczarowanie, czy zawód, nie znoszę tkwić w takim stanie dłużej niż kilka dni. Bo on do niczego nie prowadzi, a już na pewno nie do poprawy sytuacji.
Każdy jest kowalem swojego losu. Jasne, nie wszystko zależy od nas. Czasem od innych ludzi, od przypadku, od szczęścia lub jego braku. Ale od nas zależy, czy utkwimy w tym swoim niepowodzeniu i będziemy marnować  życie w poczuciu, żewszystko jest nie tak, czy spróbujemy coś zmienić. Nie musi się udać od razu, za pierwszym razem. Nie musi za drugim. Nawet jeśli się nie uda, można znaleźć w tym jakiś sens, czy coś pozytywnego. Kiedyś, dawno temu, mój angielski kolega powiedział mi, że „everything happens for a reason”, czyli wszystko dzieje się po coś. Nawet porażka. Nawet rozczarowanie. Coś w tym jest. Nawet jeśli w piewszej chwili wydaje się, że coś, co odbierzemy jako przegraną, na dłuższą metę otworzy nam możliwości, które nie pojawiłyby się, gdyby przegrana nie nastąpiła.
W zeszłym roku zdarzyło się coś, co sprawiło, że na dłuższą chwilę straciłam grunt pod nogami i duże plany na życie. Oraz wiarę w ludzi i w to, że przyszłość będzie kolorowa. Ale tylko na chwilę. Dałam sobie wtedy prawo do bycia słabą, ale też tylko przez chwilę. Na dłużej nie mogłam sobie pozwolić. Ale też nie chciałam. Bo jeśli coś nie wypaliło, to znaczy, że tak miało być. Ba, po wielu przemyśleniach, doszłam do wniosku, że dobrze, że tak się właśnie stało, bo uratowało mnie to przez decyzjami, które niekoniecznie wyszłyby mi na dobre. Przed ludźmi, którzy niekoniecznie byli tacy, jakimi mi się wydawali.
Później okazało się, że dzięki temu, że coś nie wyszło, wyszło coś innego. A nawet kilka cosiów. Nie patrzę wiec w tył, bo nie warto. Ważniejsze jest tu i teraz oraz jutro. A o jutro muszę sama zadbać, bo nikt inny tego za mnie nie zrobi.
W tym roku również parę niekoniecznie fajnych spraw mnie dopadło, coś się nie udało. Ostatnio nawet w tym tygodniu. I tak, jest mi smutno, czuję się rozczarowana, zastanawiam się, co zrobiłam nie tak ale i  czy w ogóle coś nie tak zrobiłam, czy może tak po prostu miało być. Ale mimo tego widzę też pozytywne drobiazgi i nie zamierzam siedzieć i jęczeć. Jest jak jest i trzeba to tak przyjmować, by było dobrze. Zresztą nigdy przecież nie jest tak źle, żeby nie mogło byc gorzej ;)
Jeśli więc tkwicie w czymś, co wydaje Wam się bez sensu, bez przyszłości, w czym się nie ralizujecie, czy czujecie źle, to albo ruszcie tyłki by to zmienić lub zostawić za sobą, albo, jeśli tak się nie da (bo nie zawsze się da, przynajmniej od razu), spróbujcie znaleźć pozytywy sytuacji, nie trzymajcie się kurczowo negatywów.
Co i ja zamierzam uczynić, gdy trochę się nad sobą poużalam (do czego każdy ma prawo, byle by tylko nie przesadził i nie utknął w tym użalaniu na wieki). Bo życie jest fajne, trzeba tylko umieć to zauważyć J

poniedziałek, 3 czerwca 2019

Nowy fiński rząd

W kwietniu odbyły się w Finlandii wybory parlamentarne. Ich wyniki były lekko zaskakujące. Wygrała co prawda Socjaldemokracja, czego wszyscy się spodziewali, jednak drugie miejsce, depcząc socjaldemokratom po piętach, zajęli Prawdziwi Finowie – jak sama nazwa wskazuje, ugrupowanie z zapędami nacjonalistycznymi,  krytycznie nastawione do Unii Europejskiej. Dopiero trzecia była centro-prawicowa Koalicja, a za nią uplasowało się Centrum, jako największy przegrany (była partia rządowa, z premierem na czele), Zieloni, Lewica i Szwedzka Partia Ludowa.

Przewodniczący Socjaldemokracji przyjął rolę „budowniczego” nowego rządu, czym prędzej rozpoczął rozmowy z pozostałymi partiami i w wyniku tych rozmów, do negocjacji rządowych zaprosił Centrum, Zielonych, Sojusz Lewicy oraz Szwedów. Prawdziwych Finów nie  :P Prace nad programem rządowym trwały ponad trzy tygodnie. Dzisiaj przed południem, został on opublikowany. Mnie, matkę dzieci w wieku szkolnymi i zerówkowym, najbardziej interesowały plany nowego rządu dotyczące edukacji i polityki rodzinnej. Poprzedni rząd wprowadził w tej sferze (w innych też zresztą również) spore cięcia, które niestety dało się odczuć. Nie mam o to pretensji, Finlandia pozostająca w kryzysie, potrzebowała ich. A dzięki oszczędzaniu przez cztery lata, teraz gospodarka znajduje się w jako-takim stanie (do równowagi jeszcze jej sporo brakuje, ale jej osiągniecie jest celem nowego rządu) i dzisiaj obwieszczono, że uda się na edukację i poprawę sytuacji rodzin, przeznaczyć całkiem spore pieniądze.

Program rządowy liczy prawie 200 stron, nie czytałam go jeszcze. Wysłuchałam tylko dzisiejszego wstąpienia przewodniczących partii rządowych i pobieżnie przejrzałam rozdziały dotyczące edukacji. Nie będę opisywać wszystkiego ze szczegółami, myślę, że niewiele osób by one zainteresowały. Podam tylko te najistotniejsze wg mnie punkty, które przewijały się już w kampanii przedwyborczej, a dzisiaj zostały potwierdzone.

- przywrócenie dostępności edukacji przedszkolnej wszystkim dzieciom w pełnym wymiarze (poprzedni rząd dzieciom, których jeden z rodziców nie pracował, czy to z powodu braku pracy, czy z powodu opieki nad młodszym dzieckiem/dziećmi zabrał to prawo na rzecz zagwarantowania 20 godzin tygodniowo)

- pilotażowy program dwuletniej zerówki, którą zaczynałyby już pięciolatkowie

- przedłużenie obowiązku szkolnego do skończenie przez ucznia 18 lat (aktualnie 16)

- a co za tym idzie, zapewnienie pełnej bezpłatności szkolnictwa średniego (aktualnie nauczanie jest darmowe, ale książki, materiały, przybory oraz wszystko co potrzebują uczniowie techników, czy szkół zawodowych finansują rodzice)

- powrót języka szwedzkiego jako przedmiotu obowiązkowego na maturze (jest to drugi w Finlandii obowiązujący język urzędowy)

- zapewnienie obecności w każdej szkole, od podstawówek po szkoły średnie pracowników dbających o wsparcie uczniów w nauce, wsparcie psychiczne i zdrowotne, zerowa tolerancja dla wykluczania z grupy i jakichkolwiek prześladowań

- reforma systemu urlopów rodzicielskich i wychowawczych – ma to poprawić sytuację kobiet na rynku pracy oraz uaktywnić ojców w opiece nad dziećmi

- reforma systemu podatkowego z ukłonem w kierunku rodzin o niskich dochodach, by ich dzieci nie miały znacznie gorszej sytuacji materialnej od rówieśników

-  działania na rzecz ochrony środowiska i zapobiegania ociepleniu klimatu mają zapewnić Finlandii neutralność w kwestii emisji dwutlenku węgla najpóźniej w 2035 roku.

Mocno lewicowy rząd ma zapędy socjalistyczne, chce dążyć do wzmocnienia pozycji Finlandii jako państwa opiekuńczego. A ja nie mam nic przeciwko temu i cieszę się, że moje dzieci właśnie w takim kraju dorastają J

wtorek, 21 maja 2019

Do Polski

Nabyłam dzisiaj drogą kupna bilety lotnicze do Polski. Gdy mieszka się za granicą i ma się dzieci, to urlop jest jedyną okazją, by pobyć dłużej w ojczyźnie, pokazać ją potomstwu oraz zadbać o kontakt z polską rodziną i językiem.

Chciałabym wybrać się czasem gdzieś indziej. Ale póki mam rodziców, będę zawsze leciała do nich. Chcę, by dziadkowie nacieszyli się dziewczynkami, a one nimi. Sama tez chcę z nimi pobyć. Trochę świata zwiedziłam przed założeniem rodziny, trochę udało mi się zobaczyć w czasie podróży służbowych. Teraz wakacje = Polska i już.
W zasadzie to planowałam podróż samochodem. Przez Estonię, Łotwę i Litwę, z noclegiem gdzieś po drodze. Ale po przemyśleniu sprawy zdecydowałam się jednak lecieć. Po pierwsze tak będzie szybciej, po drugie  - moje obie córki są z tych „kręconych” i już po godzinie przymusowego siedzenia w miejscu zaczynają jęczeć  i dopytywać „kiedy będziemy na miejscu?”. Po trzecie młodsza ma chorobę lokomocyjną objawiającą się wyłącznie w samochodzie, musiałaby więc całą drogę być naćpana aviomarinem. Po czwarte – trochę stchórzyłam. Będę z nimi sama, a niechby się fura rozkraczyła gdzieś in the middle of nowhere na litewskiej, czy łotewskiej drodze, załatwianie wszystkiego – lawety, hotelu, ogarnianie bagażu i młodych oraz naprawy auta spoczywałoby na mojej głowie. No i po kolejne – gdyby w drodze „tam” okazało się, że było fatalnie (jęczenie, zmęczenie itp.), to cały urlop spędziłabym na zamartwianiu się, że będę musiała wrócić.

Kiedyś gdy statek towarowy kursujący między Finlandią, a Polską zabierał też pasażerów prywatnych i ich samochody, wybrałam się z jedną jeszcze wtedy córką i samochodem. Ale dojazd do portu w Finlandii był kwestią pół godziny, a trasa z Gdyni do Olsztyna to niecałe 200km. Szkoda, że nie ma już tej opcji, na pewno bym z niej skorzystała. Samolot jednak mocno ogranicza zakupy w Polsce, z powodu limitów bagażowych ;)
Latam z dziećmi od kiedy je mam. Młode to kochają i od niemowlęctwa zachowują się w samolocie wzorowo. Na pewno sprzyja temu krótki czas lotu zarówno do Warszawy, jak i Gdańska, a to są nasze opcje, w zależności od typu samolotu trwa on tylko 1,5-2 godziny.
Najłatwiej było z niemowlakami. Nie pozwoliłam spać przed samym lotem, troszkę przegłodziłam i w czasie startu ciumając pierś zasypiały, przesypiały na moich kolanach cały lot i budziły się (albo i nie) dopiero podczas lądowania (wtedy też karmiłam, zapobiegając tym zatykaniu się uszu).
Pierwszy lot ze starszą zapamiętam do końca życia. Zasnęła jedząc podczas startu. Spała przez cały lot, po czym podczas lądowania obudziła się. Zatkałam biustem, ciumała więc spokojnie oraz... wykonała kupsko. Nie było jak przewinąć. Na dodatek nie miałam wózka, tylko chustę, w którą po wylądowaniu musiałam ją z tym kupskiem wsadzić, ściśle i przylegająco do mnie. Po wyjściu z samolotu postanowiłam odebrać bagaże i wyjść do czekającej na nas mojej mamy, i dopiero wtedy zająć się przewijaniem. Nie przewidziałam, że po wyjściu ze strefy odbioru bagażu nie będę miała szansy na pomieszczenie z przewijakiem. Ono było tam, gdzie odbierało się bagaże... Po drugiej stronie były normalne toalety i umywalka z wodą lecącą gdy machnęło się ręką przed czujnikiem. A młodej kupsko podjechało w chuście pod same pachy, nadawała  się do totalnej przebiórki oraz kąpieli. Myłam ją przed publicznością złożoną z pań stojących w kolejce do kibelka, pod dość zimna wodą, która leciała i przestawała lecieć, przebierałam na brzegu umywalki. Da się? Da się!

Kolejny lot miał miejsce, gdy młoda miała 10 miesięcy i była na etapie chodzenia trzymając się za dorosłą rękę. Chodziłyśmy więc przez cały lot w tę i we wtę, od cockpitu po ogon, doszłyśmy w ten sposób na piechotę do Warszawy.
A później już było ok. Książki, małe zabawki, kolorowanki i kilka kredek zapewniało zajęcie praktycznie na cały lot. W między czasie jakaś przekąska i już zaczynało się lądowanie. Z młodszą jest tak samo. Pierwszy lot zaliczyła w wieku 3 miesięcy, kolejny pół roku później. W wieku dwóch lat sama zasiadała na swoim miejscu i zapinała pasy na czas startu i lądowania. Żaden lot nigdy nie stał się traumą, czy problemem. Więc do dziś radzę wszystkim rodzicom, by maluszkom zapewniali picie/jedzenie na start i lądowanie, jakieś zajęcie na czas lotu i będzie ok. No, chyba, że lot ma potrwać 10, czy 12 godzin. Na takie to sama się nie piszę, po trzech zaczynam dostawać szału ;)

Samochodem może wybierzemy się do Polski za rok ;)

sobota, 11 maja 2019

Ja mama

Dzień Matki jest w Finlandii obchodzony zawsze w druga niedzielę maja. I zawsze wywieszane są z tej okazji flagi. Dzięki temu, że święto obchodzone jest zawsze w dzień wolny od pracy, można naprawdę spędzić je świętując. Dzieci mają wtedy czas dla swoich mam, a one dla dzieci.

Obserwując świat, rozmawiając ze znajomymi, czytając blogi, czy obserwując konta blogerek w mediach społecznościowych zauważam dwa macierzyńskie trendy – męczeński oraz cukierkowy ;) Oraz trzeci, mieszankę tych dwóch. Moje doświadczenia wpisują się właśnie w ten trzeci.
Uważam macierzyństwo za świetną sprawę. Nie traktuję go jako misji, nie zamęczam się poczuciem obowiązku wychowania dzieci według jakiegoś z góry przyjętego planu. Nie mam potrzeby naciskać na mega wypasioną edukację. Nie szaleję ze sztywnym przestrzeganiem zasad dobrego odżywiania. Nie żyję w wiecznym stresie w związku ze zdrowiem dzieci, czy ich bezpieczeństwem. Nie drżę o ich przyszłość. Chcę by były szczęśliwe, by same dokonywały życiowych wyborów, w których bez względu na wszystko zawsze będę je wspierać. By wiedziały, że z każdym problemem, przewinieniem, dylematem, ale też radością, osiągnięciem i całą resztą mogą zawsze przyjść do mnie. O każdej porze dnia i nocy.

Moje dzieci uczą się tyle ile zakłada to przedszkole i szkoła. Jedzą słodycze. Gapią się w tablet i telefon.
Ale również rozmawiają ze mną o świecie, o ludziach, o wszystkim, o czym chcą rozmawiać. Ich dieta jest zbilansowana i zawiera wszystko co powinna (plus to, co nie do końca jest potrzebne, ale w rozsądnych ilościach krzywdy wielkiej nie wyrządzi). Czytają książki (lub ja im czytam), chociaż za tym nie przepadają. Obserwują, komentują, rozczulają i wkurzają.

Starsza córka uprawia wyczynowo sport, przez co mamy dla siebie bardzo mało czasu. Młodsza chodzi do przedszkola i cały czas poza nim praktycznie spędza ze mną.
Generalnie i oficjalnie nie lubię dzieci. Moje własne to co innego ;) Ale i z nimi nie lubię się bawić. Nie lubię chodzić na plac zabaw. Nie lubię organizować aktywności plastycznych.
Najtrudniejszy, najnudniejszy dla mnie okres w macierzyństwie to ten, gdy dziecko jest w wieku przedszkolnym. Uwielbiałam spędzać czas z moimi niemowlakami, obserwować jak zmieniały się i praktycznie każdego dnia uczyły czegoś nowego. Teraz lubię rozmowy z dwunastolatką – o ciuchach, o koleżankach, o muzyce, czy tez tej jej gimnastyce. Z pięciolatką mam problem. Na szczęście ten wiek przedszkolny mamy już prawie z głowy ;) Jeszcze rok z kawałkiem i młoda stanie się bardziej samodzielna, pójdzie do szkoły, zacznie budować swój własny świat i ze mną będzie chciała dyskutować, a nie bawić się lalkami. Już jest lepiej niż kilka miesięcy temu.

W tej chwili jest taki czas, że praktycznie wszystkie moje chwile poza pracą podporządkowane są dzieciom. Byciu z młodszą, planowaniu strojów na przedszkolne imprezy, kupowaniu prezentów urodzinowych dla koleżanek, wyprawom na nudne place zabaw i w inne atrakcyjne dla niej miejsca. Wspieraniu starszej w jej pasji – wożeniu, przygotowywaniu posiłków, by wpadając na chwilę do domu między szkołą, a treningami, gdy ja jestem jeszcze w pracy, zjadła coś porządnego, co dostarczy jej „zdrowej” energii na 3-3,5 godzinny wysiłek. Rozmawianiu o sukcesach i porażkach na zawodach, a gdy trzeba – przyklejaniu pierdyliarda dżetów do strojów, w których startuje w zawodach. Bywam zmęczona, miewam dość. Narzekam. Wkurzam się na młodszą, bo jest strasznie humorzasta, na starsza, gdy wywraca oczami na wszystkie strony, bo dopada ja lekki buncik wieku dojrzewania. Na obie za wieczny bałagan.
Ale nie czuję, żebym cokolwiek poświęcała, traciła. Matką zostałam dość późno, wcześniej zdążyłam przeżyć dużo. Miałam czas i pieniądze wyłącznie do swojej dyspozycji. Korzystałam z tego bez ogródek. A gdy był już kandydat na ojca moich dzieci, a ja dojrzałam do macierzyństwa, byłam gotowa zrezygnować z tego, co wcześniej wypełniało moje życie. Z radością. I z radością się w tym macierzyństwie zanurzyłam. Bo ono jest fajne. Trzeba tylko pamiętać, by go sobie nie obrzydzić zbyt wysoko postawioną poprzeczką. Bo to ma być radość, a nie udręka J
Jedno jest pewne. Narodziny dziecka, zwłaszcza pierwszego, przewartościowują świat. Ja, gdy urodziła się moja pierwsza córka, stałam się całkiem inną osobą. Swoje uczucia opisałam wtedy tak:


piątek, 26 kwietnia 2019

Fińska służba zdrowia.

Różne są opinie na temat fińskiej opieki medycznej. Nie jest idealna, na pewno zdarzają się i błędy medyczne, i niezadowoleni pacjenci. Ja podobno mam do niej szczęście. Jednak myślę, że 17 lat to dużo jak na opieranie się wyłącznie na łucie szczęścia. Dlatego śmiem stwierdzić, że opieka zdrowotna w Finlandii jest dobra.  Pominę kwestię stomatologów, bo to temat na osobny wpis (tutaj moje szczęście zawiodło ;) )

Pominę też ciąże i porody, do nich również powrócę kiedyś w osobnym poście, bo to taka inna medycyna jest.

Dzisiaj podam tylko kilka przykładów z własnego doświadczenia.

Gdy moja starsza córka miała 7 lat, zauważyłam u niej niepokojące objawy, które chciałam skonsultować z neurologiem. Do specjalistów trzeba mieć skierowanie, zadzwoniłam więc do przychodni rejonowej, by zapisać ją do lekarza pierwszego kontaktu. Po opisaniu tego co mnie martwiło, dostałam termin na następny dzień. Internistka przeprowadziła wywiad, zbadała córkę, stwierdziła, że faktycznie potrzebna jest opinia neurologa, po czym wpisała do systemu skierowanie, jako „średnio pilne”, bo objawy nie świadczyły o dużym zagrożeniu. Miałyśmy czekać na „zaproszenie” z kliniki neurologicznej, która to skierowanie w systemie „widziała”.

Telefon zadzwonił już następnego dnia, wyznaczono nam wizytę, jej termin był za 3 dni. Neurolog potwierdziła, że moje obawy mogą świadczyć o epilepsji – jej łagodnej wersji, tzw. napadach nieświadomości. Uspokoiła mnie, że nie jest to zagrażające życiu córki i zleciła badanie eeg. Jako „średnio pilne”. Właśnie zaczynały się wakacje, miałyśmy lecieć za 2 tygodnie do Polski. Powiedziałam o tym lekarce, ona na to, że w takim razie musimy się wyrobić przed wyjazdem, bo nie można dziecku zepsuć planów wakacyjnych. I faktycznie. Znalazł się termin na eeg, dzień po badaniu był telefon od lekarki, że faktycznie jest to, czego się obawiałyśmy, więc zaprasza do kliniki na omówienie leczenia. Do Polski leciałyśmy z diagnozą, planem leczenia oraz lekami w bagażu podręcznym.
Wizyty kontrolne co pół roku były inicjowane przez klinikę, zaproszenia na nie przychodziły pocztą, odpowiednio wcześnie, by nie mieszać nam w ewentualnych planach. A ja nie musiałam pamiętać o zapisywaniu się na nie. W trakcie leczenia zaobserwowałam kolejny objaw, który wymagał rezonansu magnetycznego głowy, na który skierowanie było „niepilne”, więc termin wyznaczono na za „aż” 3 tygodnie. Na szczęście nic nie znaleziono, objaw (źrenice różnej wielkości przy zmianach oświetlenia) zalecono obserwować, dodajac, że niektórzy ludzie po prostu tak mają i że to prawdopodobnie minie. Minęło. Tak samo jak epilepsja, która okazała się dziecięcą, uleczalną formą choroby. Po 2,5 roku leczenia córka została oficjalnie  „skeślona” z listy pacjentów kliniki neurologii dziecięcej.

 
Kolejny przykład dotyczy młodszej córki. Gdy miała niecałe 4 lata, zauważyłam, że jedno oko rusza się jakby bardziej od drugiego. To nie był klasyczny zez, tylko na przykład gdy patrzyła do góry. To jedno oko szło do góry bardziej, tak, że tęczówka niemal chowała się pod powieką. Wyglądało to trochę przerażająco :D Na bilansie 4-latka powiedziałam o tym lekarce, ona oko obejrzała, stwierdziła, że faktycznie coś jest nie tak, wystawiła w systemie skierowanie do kliniki okulistycznej, kazała czekać na „zaproszenie”. Skierowanie było „niepilne”.  Zaproszenie przyszło po jakimś tygodniu, na za miesiąc. Wizyta w klinice trwała kilka godzin. Oko zostało zbadane wzdłuż i wszerz, w kilku gabinetach, na kilku maszynach, z kroplami i bez. Diagnoza – jeden z mięśni podtrzymujących oko „luźniejszy”, stąd ten większy zakres ruchu. Nic, co by przeszkadzało, czy czymkolwiek zagrażało, ale do obserwacji, bo oko było jeszcze w trakcie rozwoju, w przyszłości może zaistnieć potrzeba operacyjnej korekcji mięśnia. Kontrola miała odbyć się po roku. Nie musiałam o tym pamiętać, nie musiała dzwonić by córkę zapisać. Po roku przyszło pocztą zaproszenie, odpowiednio wcześnie, by sobie ten dzień zaplanować, ewentualnie zadzwonić z prośbą o przełożenie na inny termin. Ponowna wizyta potwierdził to co, ja już sama widziałam, oko przestało „latać”, widocznie mięsień wyrównał się z pozostałymi, kolejne kontrole nie są potrzebne.

Kolej na  mnie. W lutym tego roku wyczułam w piersi coś. To coś mnie zaniepokoiło. Był czwartek wieczór. W piątek schowałam trochę głowę w piasek, nic nie zrobiłam. W weekend poschizowałam, w poniedziałek zadzwoniłam do przychodni. Automat odpowiedział, że wszyscy pracownicy rejestracji są zajęci, zaproponował pozostawienie prośby o oddzwonienie. Zostawiłam (czytaj – wybrałam 1 i krzyżyk).  Po niecałej godzinie oddzwoniła do mnie pracownica przychodni. Opisałam swój problem, znalazła termin na za godzinę. Byłam w pracy, nie miałam jak w ciągu godziny dojechać, więc  znalazł się termin na kolejny dzień. Internistka wysłuchała, zbadała i stwierdziła, że trzeba diagnozować. Wystawiła skierowanie na mammografię i usg, pilne. Miałam zadzwonić  pod podany numer telefonu po wyjściu z gabinetu. To był wtorek, Zadzwoniłam, dostałam termin na czwartek. Na oba badania razem, z podkreśleniem, że jeśli lekarz wykonujący usg na podstawie badania i wyniku mammografii uzna, że trzeba zrobić biopsję, wykona to od razu na miejscu.
Miałam szczęście, zmiana okazała się nie wymagającą biopsji, nie jest groźna, nie trzeba nic z nią robić. Poza obserwowaniem.

Wszystkie moje przykłady dotyczą publicznej służby zdrowia. Finansowanej z moich podatków. Owszem, muszę za każdym razem uiszczać tak zwaną opłatę polikliniczną, w wysokości 15-30 euro – do dzisiaj nie wiem od czego zależy ta kwota. Ale jest to drobiazg w porównaniu z kosztami, jakie miałabym ponieść idąc do prywatnych przychodni.  Badania są darmowe. Terminy krótkie, nawet te niepilne. Diagnozy szybkie. A przecież właśnie o to chodzi. By działać szybko, gdy jest taka potrzeba.

Mam nadzieję, że nigdy nie będę musiała zmienić o fińskiej służbie zdrowia zdania J

wtorek, 16 kwietnia 2019

Virvon varvon, czyli niedziela palmowa po fińsku.

Na ten dzień czekają wszystkie fińskie dzieci. Już kilka dni wcześniej buszują po okolicy w poszukiwaniu bazi, by z wierzbowych gałązek przygotować kolorowe, ozdobione bibułą i piórami witki-palemki. W niedzielę palmową przebierają się, głównieza wiedźmy, ale też  koty, zajączki, cokolwiek przyjdzie im do głowy i w towarzystwie koleżanek lub/i kolegów (a młodsze również rodziców) ruszają na obchód po osiedlu. Chodzą od drzwi do drzwi, od domu do domu, od mieszkania do mieszkania i tam, gdzie ktoś otworzy, recytują krótki wierszyk będący wróżbą/życzeniami zdrowia na bieżący rok, oraz deklaracją podarowania witki w zamian za zapłatę. A zapłatą są słodycze – głownie czekoladowe jajka, ale i inne się zdarzają.

                                           Virvon varvon
                                        tuoreeks terveeks
                                         tulevaks vuodeks.
                                   Vitsa sulle, palkka mulle.

 Moja starsza córka wyrosła już z tego, ale przez ładnych kilka lat urządzała w sobotę w naszej kuchni warsztat palmowy i razem z koleżankami produkowała witki, by ruszyć z nimi w niedzielę palmową do sąsiadów bliższych i dalszych.
 
 
 
Gdy pojawiła się młodsza siostra, starsza wraz z koleżankami – wiedźmami zabierała ją ze sobą jako kotka.
 
 

W tym roku po raz pierwszy młodsza poszła tylko z koleżanką z przedszkola, a my, mamy, zabezpieczałyśmy tyły ;)
 
 

Ludzie otwierający drzwi zagadywali, zachwycali się piękną wiedźmą i jej biedronką (!), a młode, na początku lekko onieśmielone, z każdym kolejnym odwiedzonym domem nabierały werwy i energii.
 
 
Po powrocie odbyło się liczenie zdobyczy, a teraz każdego dnia mamy negocjacje na temat tego ile z tych słodkich skarbów wolno zjeść.
 

W niektórych rejonach Finlandii tradycja obowiązuje w Wielką Sobotę, a z tego co wiem zwyczaj istnieje też w Szwecji, gdzie celebruje się go w Wielki Czwartek.

piątek, 5 kwietnia 2019

Dziecko samo w domu.

Od jakiegoś czasu w polskich mediach trwa dyskusja na temat planowanego przez nauczycieli strajku. Nie będę wypowiadała się, czy go popieram, czy nie. Żyję w kraju, w którym każda grupa zawodowa ma prawo do strajków i dość często jest to wykorzystywane. Utrudnia to czasem życie zwykłych obywateli, ale jakoś trzeba sobie wtedy dać radę. I wszyscy dają.

Rozumiem niezadowolenie rodziców przedszkolaków, czy dzieci uczących się w niższych klasach podstawówki, bo muszą ogarnąć kwestię całodziennej opieki nad swoimi pociechami. Też nie uśmiechałoby mi się marnować urlopu, gdy placówki pozostaną zamknięte. Ale gdy chodzi o dzieci starsze, takie powiedzmy od 10 lat wzwyż, to naprawdę nie wiem w czym problem. To nie są już maluszki potrzebujące opieki non stop. W tym wieku można zrobić sobie samemu kanapkę, podgrzać obiad (jeśli nie na kuchence, to w mikrofalówce, której co prawda nie preferuję, ale na takie właśnie doraźne sytuacje uważam za dobre rozwiązanie), można zająć się sobą. Lub na przykład spotkać się z  koleżanką, kolegą i wspolnie spędzić wolny czas. W domu, na placu zabaw, czy na szkolnym boisku.

”W naszych czasach” było to normą. W ferie, czy wakacje tylko niektórzy wyjeżdzali na całe tygodnie do cioci, czy babci na wieś. Nie  było tylu ofert kolonii, półkolonii i innych obozów. Poza tym nie każdy na kolonie chciał jeździć (ja nie chciałam ;) ) Latało się po osiedlu, siedziało w domach raz u jednej, raz u innej koleżanki, robiło pikniki pod blokiem, urządzało „wojny” między sąsiadującymi ulicami. W pewnien sposób było trudniej, bo kontakt z rodzicami przebywającymi w pracy był utrudniony – nie było telefonów komórkowych, a i stacjonarny nie każdy w domu posiadał. Ale było super. Przynajmniej rodzice nie dzwonili co chwilę z puyaniem: „Gdzie jesteś? Co robisz?” ;)

Wdałam się parę dni temu w dyskusję na jakimś portalu informacyjnym i zostało mi zadanie oburzonym tonem pytanie:  „Zostawiłaby pani 10-letnie dziecko samo w domu na kilka godzin??!!” No owszem, zostawiłabym. Ba, zostawiałam. Młodsze również. Jasne, że nie skazywałam siedmiolatki na dziesięciogodzinną samotność, ale spokojnie dwie godziny w domu sama dawała radę. Zresztą, o zgrozo, zarówno ona, jak i teraz jej młodsza siostra, w wieku 4-5 lat na kwadrans, czy pół godziny zaczęła zostawać .
Rozumiem, że są różne dzieci. Mniej lub bardziej rozsądne, mniej lub bardziej szalone, mniej lub bardziej odważne. Więc oczywistym jest, że trzeba to wziąć pod uwagę, gdy się zaczyna dziecko zostawiać samo w domu. Ale kurczę, no, nie róbmy z dzieci inwalidów życiowych.  Dzisiejsze  młode pokolenie jest dojrzalsze od nas w ich wieku, zaufajmy im trochę. Plus uczmy jak mają sobie radzić, gdy będą same, jak postępować, gdy coś się stanie. Gdy się skaleczą. Gdy poparzą. Jeśli, oby nie, zaprószą ogień. Rzadko kto mieszka dziś na pustyni, bezludnej wyspie lub nie posiada telefonu.

Ja staram się dawać moim tyle wolności ile w ich wieku sama miałam. Zreszta tu w Finlandii jest właśnie tak jak kiedyś było w Polsce. Dzieci po szkole odwiedzają się nawzajem, eksplorują osiedle, w którym mieszkają, chodzą razem na lody do osiedlowego spożywczaka. W świetlicy siedzą tylko pierwszaki, ewentualnie drugoklasiści. Później hulaj dusza. I żyją. A nawet mają się dobrze. Za lekką przesadę uważam może to, że na dziecko, które skończyło 10 lat nie przysługuje już rodzicom zwolnienie lekarskie, ale z drugiej strony, jeśli nie jest ono powalone wysoką gorączką, czy odwodnione z powodu wrednej jelitówki, to ze zwykłą infekcją, jakimś katarem, kaszlem, czy bolącym gardłem faktycznie nie potrzebuje specjalnej opieki.

Tak, wiem, ludzie mieszkają w różnych miejscach. I to często determinuje ich decyzje dotyczące samodzielności dzieci. Jest to oczywiste, że trzeba mieć pewność, że będą bezpieczne. Ale nie zrozumiem prowadzenia wszędzie za rękę 11-12 latków i bycia z nimi na każdym kroku.  Pozwólmy dzieciom na samodzielność i zaufajmy, że dadzą sobie radę. Bo dadzą.
Ja dzisiaj zaufałam na tyle, że pozwoliłam starszej, 12-letniej córce iść po szkole z koleżanką do aqua parku. Bez osoby dorosłej. Po raz pierwszy. Nie powiem, lekko się niepokoję. Ale nie da się trzymać dziecka pod kloszem.
Życzę rodzicom w Polsce, by strajk nie trwał długo, a nauczycielom, przy przyniósł pożądany skutek.

A dzieciom, by rodzice pozwolili im na samodzielność. Nawet, jeśli wiąże się to z naszym stresem, bo ten, mniejszy lub większy, towarzyszy nam na każdym etapie wychowania dziecka.

I uprzedzę ewentualne uwagi na temat przepisów – nie, nie ma żadnego dokumentu prawnego mówiącego, że nie wolno zostawiać dzieci w wieku poniżej 13 lat bez opieki dorosłych. Sprawdziłam.

 

wtorek, 2 kwietnia 2019

Villasukat, czyli czego w szanującym się fińskim domu na pewno nie zabraknie ;)

Klimat w Finlandii jest ostry. Lata bywają piękne, ciepłe, a nawet gorące, ale krótkie. Większość roku to chłodna wiosna i zimna jesień. Zimowe mrozy trzymają często przez ładnych kilka miesięcy.
Trzeba więc dostosować się do warunków i posiadać odpowiednią odzież. Jednym z jej fragmentów są dziergane skarpety, czyli villasukat (dosłownie – wełniane skarpety, ale z zawartością wełny we włoczkach bywa różnie).
Villasukat to wręcz część fińskiej kultury. Noszą je wszyscy. Od noworodków po staruszki. I to nie tylko wiosną i jesienia do kaloszy, a zimą do kozaków (bo przy -20 nawet najcieplejsze buty nie wystarczą).
Villasukat zastępują też kapcie. Są synonimem przytulności, domowego ciepła, wygody i wypoczynku. Dbałości o stopy. Nie krępują ich, nie mają twardej podeszwy ani szwów.
Nie kupi się ich w odzieżowych sieciówkach. Mogą być jednolite, lub wielokolorowe. Są ręcznie robione. Przez mamy, babcie, ciocie. Stanowią doskonały prezent świąteczny. Ma je każdy. W różnych ilościach. Gubią się niestety jak ich bawełniane kuzynki, czyli pojedynczo ;) 
Jestem ich wielbicielką. Chodze w nich niemal przez cały rok, głównie po domu. Ale i w pracy są dni, gdy wyskakuję z eleganckich czółenek i pomykam w miekkich, kolorowych skarpetach.
Ciekawe, czy kiedykolwiek przełamię swoją niechęć do ręcznych robótek i nauczę się je dziergać. W końcu mam nadzieję na wnuki w przyszłości, ktoś je będzie musiał w villasukat zaopatrywać :)
 
 

piątek, 22 marca 2019

Krótkie wakacje z młodszą córką.

Wróciłam wczoraj z kilkudniowego wypadu do Polski. Byłam tam z młodszą córką. Był to pierwszy wyjazd tylko nas dwóch. Wcześniej zawsze towarzyszyła nam starsza córka, a jeszcze wcześniej to właśnie starsza miewała okazje podróżować tylko ze mną.

Młodsza nie należy do najłatwiejszych dzieci. Czasami nie daje się wręcz lubić. Zbyt często coś jej nie odpowiada, zbyt często jęczy, marudzi, ba, wręcz wyje, gdy coś jej się nie spodoba. Ma 5 lat i chciałabym by już z tego jęczenia  wyrosła.

Pomysł wyjazdu tylko we dwie pojawił się dlatego, że starsza córka, trenująca wyczynowo gimnastykę estetyczną, poza trzema tygodniami latem, nie ma praktycznie dłuższych okresów wolnych od treningów. A młodsza na tym traci, bo ciągle nie mamy kiedy gdzieś pojechać, ani odwiedzić rodziny w Polsce.

I wiecie co? To był strzał w dziesiątkę. Poza domem, mając mnie tylko dla siebie, młoda była całkiem innym dzieckiem. Owszem, w domu też często jesteśmy tylko we dwie, bo starsza wiecznie jest na treningach, ale to nasze „we dwie” jest regulowane załatwianiem różnych spraw, jeżdzeniem po starszą, w sezonie całodniowymi zawodami, w których startuje, na które młodsza niby chce jeździć, ale potem się nudzi. Generalnie nasz grafik jest zawsze mniej lub bardziej podporządkowany grafikowi starszej córki.

A podczas tych krótkich wakacji młodsza nagle miała całą moją uwagę, plan dnia regulowały nasze wspólne sprawy, w których nikt ani nic nam nie przeszkadzało. Dzięki temu mała budziła się w dobrym humorze i w takim zasypiała. Dzięki temu przez cały dzień była radosna, ja nie musiałam jej poganiać, tłumaczyć, że musimy, nie ma wyjścia, trzeba i już. Bo nic nie było trzeba. Mnie też było łatwiej, bo nie musiałam dzielić swojej uwagi, podejmować decyzji, z których zawsze jedna z dziewczynek byłaby niezadowolona (dziwnym trafem, mając do wyboru dwie opcje, zawsze jedna wybiera jedną, a druga drugą i wtedy ja, podejmując decyzję, zawsze dla jednej z nich jestem zła mama), słuchać obu równocześnie i starając się obie usłyszeć.

Miała też babcię i dziadka tylko dla siebie, co nigdy wcześniej się nie zdarzyło.
 
 
Tak sobie myślę, że teraz czas pomyśleć o quality time dla starszej. Ona zupełnie nie bywa ze mną sam na sam. Bo albo ja jestem w pracy, a ona w szkole, albo ona jest na treningu, z którego wraca wieczorem, gdy w domu jest komplet, a ja mam różne sprawy na głowie. Albo są wakacje i wtedy dziewczynki muszą się mną dzielić od rana do nocy. Kilku dni zorganizować chyba się nie da, ale choćby się waliło i paliło, muszę dać sobie i pierworodnej szansę na spędzenie chociażby połowy dnia razem.

Niby wiedziałam to od zawsze, ale teraz dobitnie się przekonałam, że każde dziecko potrzebuje mamy i jej uwagi tylko dla siebie. Takiej na 100%. Bez „przeszkadzaczy”.  Zresztą nie tylko mamy. Taty też. Dlatego wiem, że i starsza skorzystała na tym, że wyjechałam z młodszą, bo cały wolny od obowiązków czas spędziła z tatą, który miał do zaopiekowania tylko ją.

 
Dlaczego mamy tak mało urlopów, a doba jest taka krótka? Mam nieustające wrażenie, że coś mi umyka. A dzieci rosną tak szybko i trzeba znaleźć dla nich czas. Choćby nie wiem co.

 

wtorek, 12 marca 2019

Paszportowe przeboje, czyli fińska farsa biurokratyczna.


Rzadko narzekam na Finlandię, bo poza klimatem i cenami nie bardzo mam się do czego na co dzień przyczepić. Ale cyrk, jaki wyszedł z paszportem mojej córki godny jest opisania, bo chyba nie wszędzie można podobny spotkać ;)
Zacznę od tego, że kwestia wyrobienia fińskiego paszportu zaczyna się od zrobienia zdjęcia u fotografa, który to fotkę w wersji elektronicznej wysyła od razu do systemu obsługiwanego przez policję bo to ten urząd wystawia w Finlandii dowody osobiste i paszporty. Klient dostaje kod zdjęcia, który wpisuje w kwestionariusz wypełniany online. Wypełnienie kwestionariusza kończy się dokonaniem przelewu, po czym po otrzymaniu potwierdzenia czeka się na sms-a z informacją, że paszport gotowy jest do odebrania w najbliższym domowemu adresowi kiosku, w którym działa punkt pocztowy.  Całość trwa 5-8 dni roboczych (przed sezonem urlopowym może trwać dłużej, bo wtedy ludzie najczęściej zauważają, że im się dokumenty przeterminowały).

W przypadku dziecka, które jeszcze nie zostawiło na policji swoich odcisków palców wymagana jest wizyta na policji w celu identyfikacji, czyli sprawdzenia, czy dziecko ze zdjęcia jest tym samym dzieckiem, które przyszło. Wystarczy, że przyjdzie z nim jeden rodzic, posiadający pisemną zgodę drugiego rodzica na wydanie dziecku paszportu. Zgoda musi posiadać podpis i pesel, nikt jednak nie sprawdza, czy to naprawdę ten drugi rodzic się podpisał ;)
Dwa tygodnie temu zrobiłam młodszej córce zdjęcie, wypełniłam kwestionariusz online, po czym pojechałam na policję pokazać dziecko. Po kilku dniach przyszedł sms, że paszport czeka na odebranie. Pojechałam, pamiętając by wziąć swój polski paszport, ponieważ z fińskich dokumentów posiadam wyłącznie prawo jazdy, a to od pierwszego stycznie tego roku nie jest uznawane za dokument tożsamości (wcześniej na prawko  załatwiało się wszystko, łącznie z kredytami, zakładaniem kont w bankach itp. dlatego niewielu Finów posiada dowód osobisty, bo nikomu nie był on do niedawna potrzebny).

Podałam pani w kiosku numer przesyłki, ona zapytała o dokument tożsamości. Pokazałam paszport. Ona na to, że musi być fiński dokument. Ja na to, że nie posiadam, ale mój polski paszport jest ważny. Ona, że nie do odbioru fińskiego paszportu dziecka. Ja na to, że przecież to moje dziecko, więc niby kto ma ten paszport odebrać. Ona, że ojciec dziecka, ze swoim paszportem lub dowodem. Ja, że ojciec dziecka nie ma dowodu, a paszport ma przeterminowany. Ona na to, że w takim razie nie wie. Kropka. Zdębiałam.
Mówię, że nie posiadam fińskiego paszportu, bo nie jestem Finką. Ale moje dziecko potrzebuje dokumentu, więc legitymując się paszportem kraju należącego do Unii Europejskiej chciałabym ten dokument odebrać. Pani, że jeśli jej nie wierzę, może zadzwonić do przełożonego. Zadzwoniła, a on to samo – musi być fiński dokument tożsamości.

Poleciałam do domu, weszłam na strony fińskiej policji i faktycznie, jak wół stoi, że odbierając paszport należy legitymować się dokumentem wystawionym przez fiński urząd. Ale nie mogąc osobiście odebrać, można kogoś upoważnić. Kogoś, kto posiada fiński dokument tożsamości.
Znalazłam wzór upoważnienia – dane jakie trzeba było wpisać to wyłącznie moje imię, nazwisko i podpis (nawet bez pesela) oraz imię i nazwisko osoby upoważnionej, wraz  z jej peselem.

Przygotowałam upoważnienie w 2 minuty, poprosiłam znajomą by ten nieszczęsny paszport odebrała. Dostała go bez problemu.
 
 

A ja nie mogę wyjść z podziwu, że mój nie sprawdzony przez nikogo podpis, którym mógłby być dziełem kogokolwiek, ma większą moc niż aktualny paszport  Rzeczypospolitej :D
Takie rzeczy to tylko w Finlandii moi drodzy J

PS. Dyskutując o swoim przypadku z Polkami mieszkającymi w Finlandii dowiedziałam się, że był przypadek, gdy kobieta nie posiadająca dokumentu, upoważniła do odbioru swojego paszportu pracownicę kiosku, w którym ten paszport był do odebrania. Ze też na to nie wpadłam, gdy wściekałam się przy półkach z gumami do żucia i batonikami ;)

środa, 20 lutego 2019

Byłam facetem, czyli dziś o autach.

Na podstawie mojego do nich podejścia mam wrażenie, że w poprzednim wcieleniu byłam facetem. Lubię samochody. Kręcą mnie rozmowy o autach. Ale nie o ich kolorze, tylko o pojemności silnika, ilości koni mechanicznych, rodzaju napędu, skrzyni biegów, czy spalaniu.  Lubię auta duże, dające poczucie bezpieczeństwa (ważne zwłaszcza gdy wożę dzieci swoje i nie swoje), auta zrywne, dające możliwość wciśnięcia gazu i ucieczki z ewentualnej niebezpiecznej sytuacji spowodowanej przez jakiegoś szaleńca, auta, które nie utkną w śniegu, w których zmieści mi się taka ilość klamotów, jaką będę chciała ze sobą zabrać. Nie wiem dlaczego małe samochody nazywane są kobiecymi. Kobiety mają zazwyczaj mniejsze doświadczenie za kierownicą, poza tym wożą dzieci, więc powinny mieć samochody bezpieczne. Czyli takie, o jakich piszę. Nie rozumiem tego zamiłowania kobiet do maleństw.

Prawo jazdy mam od 17. roku życia. Czyli dłużej mam, niż nie miałam ;) Jeżdzę praktycznie od początku, parę lat przerwy miałam jedynie w czasie studiów. Dwa lata jeździłam w kraju o lewostronnym ruchu.
Miałam różne samochody. Mniejsze, większe, nowsze, starsze. Własne i służbowe. Gdy wybierałam sama, kierując się własnymi preferencjami auto zawsze było spore. Zdarzały się decyzje podyktowane czynnikiem ekonomicznym i wtedy to były raczej maleństwa, ale również z silnikiem dającym możliwość przyspieszenia w razie potrzeby.

Od ładnych kilku lat miałam marzenie. Motoryzacyjne. Rozsądek hamował mnie przez jego spełnieniem. Bo to było drogie marzenie. Ale obecna zima, spędzana w malutkim samochodzie, w dodatku z obniżonym podwoziem (żeby jeśli już małe, to niech chociaż w sportowej wersji) pokazała mi, że jednak bezpieczeństwo i możliwość przedarcia się przez trudne warunki, śnieg, zamarznięte koleiny, bez zagrożenia poślizgiem przy każdym zakręcie, czy obawy, że nie podjadę pod górkę bo ślisko, to wystarczające powody, by zadbać o swój komfort psychiczny. Oraz o spełnienie marzenia ;)
 


Od ponad dwóch tygodni moje marzenie wozi mnie i cieszy moje oczy. Konto bankowe cieszy się mniej. Cóż, nie sposób zadowolić wszystkich :D

wtorek, 5 lutego 2019

Ocenianiu po wyglądzie mówię "NIE". Bez względu na wiek.


Kilka dni temu przeczytałam artykuł o jednej z polskich podstawówek, w której wprowadzono punktację za zachowanie, z wyszczególnieniem ujemnych punktów za zachowania negatywne, między innymi wyśmiewanie innych, przeklinanie itp. Podobało by mi się takie rozwiązanie, gdyby nie to, że wygląd uczniów również podlega takiej punktacji. Wygląd, czyli ewentualny makijaż, pomalowane paznokcie, czy pofarbowane włosy.

Wkręciłam się w dyskusję pod artykułem, co owocowało pomysłem na ten wpis.

Jestem mamą dwunastolatki. Sama nastolatką byłam. Wiem więc, że w pewnym wieku przychodzi zainteresowanie „dorosłymi” sprawami, takimi jak właśnie makijaż, czy farbowanie włosów, albo zainteresowanie modą. Wiem też, że świat się zmienia i to co było nie do pomyślenia w nastoletnich latach mojej mamy, dla mnie było normą, a dla dzisiejszego pokolenia staje się normą jeszcze wcześniej. Dzieci dojrzewają bowiem teraz wcześniej niż kiedyś. Ja, mając 9 lat, za pieniądze, które dostałam na komunię, kupiłam sobie w Pewexie pierwszą lalkę Barbie, po czym w ciągu kolejnych paru lat dokupiłam jeszcze dwie i bawiłam się nimi z koleżankami w najlepsze.  Moja córka w wieku 9-10 lat już dawno w stronę Barbie nawet nie spojrzała, wyrosła z nich mniej więcej wtedy, gdy ja kupowałam sobie pierwszą taką lalkę.

Ale do rzeczy. Pamiętam, w podstawówce, może w piątej klasie, może w szóstej, w dni, w które lekcje zaczynały się później niż o 8, spotykałam się z koleżanką i podbierając kosmetyki naszych mam, malowałyśmy się na różne sposoby. Tak nas to wciągało, że o tym, że czas do szkoły, przypominało nam się w ostatniej chwili. Zmywałyśmy te swoje makijaże na szybko i byle jak, więc czasem z daleka było widać, jak spędziłyśmy poranek. Jednak nigdy nie dostałyśmy ani żadnych punktów karnych, ani uwagi.

Mniej więcej w tym samym czasie zaczęły mi dokuczać problemy skórne. Zakrywałam wypryski pudrem, czasem zbyt ciemnym, bo wydawało mi się, że wyglądam wtedy na lekko opaloną. Też nikt nigdy tego się nie przyczepił. A mama sama zabierała mnie na kosmetyczne zakupy.

W wieku 15 lat zrobiłam trwałą, która miała być antidotum na okropnie przetłuszczające się włosy. Mniej więcej w tym samym czasie zaczęłam eksperymentować z koloryzującymi piankami do włosów, upodobując sobie najbardziej jaskrawo rudą. Robiłam na powiekach kreski eyelinerem, malowałam rzęsy. Jednocześnie dostałam się do najlepszego w Olsztynie liceum.

Już w podstawówce, w „kolorowe piątki” (to był czas stylonowych fartuszków i tylko w piątki wolno nam było ubierać się tak jak chcieliśmy) , moje spódnice były najkrótsze, a bluzki najbardziej kolorowe (czemu sprzyjała moda na neonowe kolory oraz fakt posiadania osobistego wujka w Niemczech Zachodnich). Jednocześnie co roku dostawałam świadectwo z czerwonym paskiem.

Na studiach przekłułam sobie pępek i aby był widoczny, nosiłam kuse bluzki. Farbowałam włosy na niebiesko. Zakładałam najwyższe na świecie buty do najkrótszych na świecie szortów. Jednocześnie jako jedyna na roku dostałam 5 z egzaminu ze statystyki.

Na pewno bywałam tandetna. Może czasem wręcz wyzywająca. Cóż, to mi się wtedy podobało, a może w ten sposób szukałam, metodą prób i błędów, swojego stylu, który do dzisiaj bywa dość widoczny. Są dni, gdy po prostu chcę się wyróżnić wyglądem, więc to robię. Jednocześnie pracuję w poważnej instytucji, na wymagającym używania mózgu stanowisku.

Jak wcześniej wspomniałam, dzisiejsza młodzież szybciej dojrzewa. Dlatego też kolejne etapy nadchodzą szybciej. To, co ja robiłam w wieku 15 lat, moja córka chce robić w wieku lat 12. Nie zawsze mi się to podoba. Mojej mamie też nie zawsze podobało się to jak wyglądałam. Ale ona to akceptowała. Zawsze. Mówiła, jeśli coś według niej nie było fajne, ale tego nie zabraniała. Ja córce też zabraniać nie zamierzam i cieszę się, że w szkole nikt jej z tego powodu oceniać nie będzie.

Jakiś czas temu zapragnęła pofarbować końce włosów na fioletowo. Namówiłam ją na zmywalny szampon, żeby w razie niefajnego efektu, mogła się go pozbyć. Niestety okazało się, że ma zbyt ciemne włosy i efekt był niemal niewidoczny. Od niedawna ma problemy z cerą. Niewielkie, ale widoczne. Kupiłyśmy więc korektor, puder, dobierając kolory do odcienia jej skóry. Zatuszowanie wyprysków poprawia jej samopoczucie, więc nie widzę powodów, dla których miałabym jej tego zabraniać. Zapragnęła czasem pomalować oczy. Uważam, że jest jej to niepotrzebne, ale koleżanki się malują więc nie dziwię się, że ona też ma na to ochotę. Pogadałyśmy o makijażu, poćwiczyłyśmy w domu, zobaczyła, że w jasnych beżach jest ok, nie rzucają się mocno w oczy, ale są i to jest dla niej ważne.

Parę tygodni temu jej rok młodsza koleżanka, jasna blondynka, pofarbowała włosy na brąz. Uważam, że nie wygląda dobrze. Moja córka też twierdzi, że lepiej było jej w jasnych włosach. Nie wiem co myśli sama zainteresowana. Rodzice pozwolili, chciała odmiany, więc dlaczego nie?

Koleżanka jest jedną z najlepszych uczennic w klasie, moja córka ma średnią 9,4 – w skali 4-10.

Do czego dążę? Do tego, ze nie ma we mnie zgody na ocenianie ludzi po tym jak wyglądają. Jakie noszą ubrania, fryzury, czy makijaż. I nie widzę problemu w tym, że nastolatka chce czymś się wyróżnić z tłumu, lub też do tego tłumu upodobnić.

Nie podobają mi się wymalowane nastolatki z zielonymi włosami, ale jestem przekonana, że większość z nich ma w głowach poukładane tak samo jak ich rówieśnice bez makijażu i dziwnych fryzur. Oraz że wyrosną z tej stylistyki, a nawet jeśli nie, to rozumu im to nie odbierze.

I mam nadzieję, że przy staraniu się o pracę ich kwalifikacje będą ważniejsze od koloru włosów. Świat się zmienia. To, co było nie do pomyślenia 100 lat temu, 50 lat później stało się ok. To, co 20 lat temu lekko szokowało (chociażby pojawiające się dopiero tatuaże nie będące pamiątką z więzienia), dzisiaj jest banałem.

Dzisiaj wytatuowana, posiadająca na głowie czerwone dready nauczycielka przedszkolna nie jest dla mnie przeszkodą, by w tym przedszkolu zostawić swoje pięcioletnie dziecko (na marginesie – płci żeńskiej, mocno zainteresowane kwestiami makijażu i często bywającą królikiem doświadczalnym wprawiającej się w malunkach na twarzy siostry).
 
makijaż przed sobotnim wyjściem na zakupy :D
 
A były ambasador Stanów Zjednoczonych w Finlandii, którego miałam przyjemność poznać osobiście, gdy pełnił tę funkcję, sam ze swojego „niedyplomatycznego” wyglądu stroił żarty, co nie przeszkodziło mu (ani wygląd, ani żarty) cieszyć się szacunkiem i dobrą współpracą z władzami Finlandii oraz dobrą opinią u swojego szefa, ówczesnego prezydenta USA.

nie wiem, czy tatuaże są prawdziwe, natomiast kolczyk w uchu jest na 100%, sama widziałam, z bliska ;)


Nie oceniajmy ludzi po tym co widzimy. Uważam, że nie mamy do tego moralnego prawa. Po prostu.

wtorek, 29 stycznia 2019

Śnieżny armageddon.

W Finlandii śnieg nie jest zjawiskiem niespotykanym ;) Co roku prędzej, czy później się pojawia i raczej później niż prędzej topnieje. Na południu jest go mniej niż na północy, ale jest. Zawsze. Co kilka lat spada go więcej i właśnie mamy taki rok. Do tej pory dopadywał sobie kulturalnie po odrobinie, pokrywając ten już zszarzały, czystą biała warstwą. Dzieci się cieszyły, dorośli też, bo wszyscy tu wolą biel rozjaśniającą świat od mokrej szarugi i ciemności, które o tej porze roku ze strony słońca niestety są zapewnione.




Od dwóch dni szaleje jednak śnieżny armageddon. Pada od prawie 48 godzin, kolejne 24 mają być takie same. Dzisiaj pada w miarę rozsądnie, ale wczoraj po raz pierwszy od 17 lat, jadąc autem miałam duszę na ramieniu. Z pracy do osiedla, w którym mieszkam mam 33 kilometry. Obwodnicami, oraz małymi osiedlowymi ulicami. Normalnym jest fakt, że zimą osiedlowe ulice i chodniki pokryte są ubitym śniegiem, po którym się chodzi i jeździ, nie narzekając, bo przecież zimą śnieg jest czymś normalnym. Ale obwodnice, duże ulice dojazdowe do osiedli, czy autostrady zimą są odnieżane do asfaltu.

Wczoraj śnieg był wszędzie. Padał jak oszalały, dodatkowo wiał wiatr. Śnieg był suchy i sypki, więc wirował na wszystkie strony, po spadnięciu latal w te i we wte po podłożu, co przywodziło na myśl burzę piaskową na pustyni. Jadące auta dodatkowo to wirowanie wzmagały. Jechałam w niemal zerowej widoczności, chwilami nie wiedząc, czy jestem jeszcze na jezdni, czy już na chodniku, a może właśnie przejechałam przez rondo.


Pługów nie było widać, bo jakiekolwiek odsnieżanie nie miało sensu, o czym przekonałam się gdy dojechałam do domu – postanowiłam odsnieżyc podjazd, ale co wielką łopatą do śniegu odsunęłam go trochę na bok, frruuu i był z powrotem.
Wieczorem musiałam pojechać z młodszą córką po starszą na trening. Jechałam powoli, nadal praktycznie nic nie widząc oraz ślizgając się na każdym zakręcie, bo taki sypki śnieg jest bardziej śliski niż mokra breja. Na szczęście aut na drogach było mało, widać było, że jeśli ktoś nie musiał koniecznie gdzieś jechać, to nie jechał.
Dzisiaj mamy powtorkę ze śniegowej rozrywki, pada i pada, na szczęście wiatr juz tak nie wieje. Z pracy dojechałam sprawnie, czeka mnie jeszcze odbiór córki z treningu. Jutro nadal ma padać...



Co jest charakterytyczne dla takich dni w Finlandii, to to, że jest wtedy mniej wypadków i stłuczek. Kierowcy nie szarżują, utrzymują odstępy, na ślimakowatych zjazdach z autostrad, czy obwodnic jadą jak wozami drabiniastymi, na dwójce. Nikt nikogo nie pogania, nie napiera, unika użuywania hamulców, hamując odpowiednio wcześnie biegami (chociaż dzisiaj myślałam, że przyhamuję nagle by kierowcą w terenowej toyocie niemal siedzący mi na kuprze, pożałował tej bliskości).  Rzadko zdarza się sytuacja, w której hamować trzeba nagle. Bo jak jest zima, to trzeba jeździć w zimowym stylu. I na zimowych oponach. W Finlandii wolno mieć je z kolcami (czyli tak naprawdę płaskimi metalowymi bolcami powciskanymi w szczeliny bieżnika), ale sporo ludzi jeździ na zwykłych zimowych. Bo bezpieczeństwo tylko częściowo tkwi w oponach. Przede wszystkim w  głowach kierowców. Bez względu, czy siedzą za kierownicą dwudziestoletniej skody, czy wypasionej beemki z milionem koni mechanicznym pod maską.