wtorek, 11 grudnia 2018

Dwujęzyczność

Gdy byłam w ciąży z pierwszą córką, postawiłam sobie za cel to, by ona i ewentualne kolejne dzieci, mimo życia w Finlandii, mówiły po polsku. Wiedziałam, że z powodów finansowych nie będę mogła zostać z nią w domu dłużej niż trwa urlop macierzyński, co było jednoznaczne z tym, że zanim zacznie mówić, wejdzie w środowisko fińskojęzyczne i będzie w nim spędzała większą część dnia. Tym bardziej nastawiałam się na ciężką pracę nad jej polszczyzną. Zwłaszcza, że tak naprawdę miałam być jedyna osobą mówiącą do niej po polsku, ponieważ jej tata jest Finem.

Początki faktycznie nie były łatwe. Owszem, pierwsze słowa córka wypowiedziała po polsku, jednak kolejne i następne, później całe zdania, jakieś wierszyki, pierwsze piosenki – to wszystko przyswajała w przedszkolu. Sprawy nie ułatwiał fakt, że zdarzało mi się pracować wieczorami,  a także wyjeżdżać służbowo na parę dni. Wtedy jednak tata puszczał jej bajki po polsku, a gdy nie chciał, by gapiła się w ekran, włączał polskojęzyczne, ale nie interesujące jej kanały w tv, by przynajmniej osłuchiwała się z językiem, gdy mnie nie było. Ja, po pracy, poświęcałam jej 100% swojego czasu – czytałam książki, mówiłam non stop (z tym nigdy nie miałam problemu, trudniej jest mi być cicho  ;) ), a gdy ona zwracała się do mnie po fińsku, powtarzałam to co powiedziała, tłumacząc na polski, w stylu:
- Acha, chciałabyś jabłko, tak?  Mówisz, że fajnie bawiłaś się dzisiaj z Anną?

Ponieważ miałam dość częsty kontakt z polską ambasadą oraz kilkoma mieszkającymi w Finlandii Polkami, wiedziałam, że istnieje klub polskich przedszkolaków, założony przez polskich  rodziców i przez nich społecznie prowadzony i gdy córka miała około dwóch lat, zaczęłam jeździć z nią na weekendowe spotkania, na których rodzice na zmianę poruszali różne tematy, dotyczące Polski lub nie, organizowali dzieciom zabawy, zajęcia plastyczne, a wszystko odbywało się w języku polskim. Nie pamiętam już dokładnie kiedy córka zaczęła się na tych zajęciach wypowiadać, na pewno trochę czasu to jej zajęło, nie mniej jednak od pierwszego razu bardzo te spotkania polubiła. Ja też, ponieważ poznałam tam kilka fajnych polskich mam, z którymi zaczęłam spotykać się również po godzinach, bez dzieci ;)
Generalnie – córka rozumiała po polsku wszystko. Ale odpowiadała po fińsku. Przełom nastąpił gdy miała trochę ponad 3,5 roku, w czasie letnich wakacji w Polsce. Wtedy sama z siebie zaczęła mówić. Niemal bezbłędnie, bez akcentu, jakby praktycznie od urodzenia mieszkała w Polsce. Do tego stopnia się w  to wczuła, że po powrocie do domu, do taty, który z nami w Polsce nie był, też zaczęła zwracać się po polsku. Od tego czasu jest doskonale dwujęzyczna. Śpiewa polskie piosenki, których ją nauczyłam, z wyboru ogląda polskojęzyczną telewizję, czyta polskie książki. Jasne, fiński zawsze będzie jej językiem dominującym, zawsze będą zdarzały się wplecione w polską wypowiedź fińskie słowa (cóż, to zdarza się i mnie oraz znakomitej większości ludzi mieszkających za granicą), być może zasób słownictwa polskiego ma trochę mniejszy niż fińskiego. Ale zupełnie nie oczekuję, że będzie inaczej. W końcu Finlandia jest jej ojczyzną, tutaj mieszka od urodzenia, chodzi do szkoły, funkcjonuje, tutaj ma przyjaciółki, zajęcia pozaszkolne, tutaj jest jej świat.

Trochę inaczej sprawa wyglądała w przypadku mojej młodszej córki, z którą zostałam w domu ponad 2,5 roku. Z tego powodu polski był dla niej językiem, którego nauczyła się najpierw. Oczywiście fiński przyswajała równolegle, ale jednak miała z nim do czynienia w mniejszym wymiarze, bo tata był dużo mniej obecny niż ja i siostra, która też mówiła do niej od początku po polsku. Idąc do przedszkola mała mówiła po polsku na poziomie wyższym niż przeciętny 2,5 latek mieszkający w Polsce, ponieważ zaczęła mówić bardzo wcześnie i szybko się w tym kierunku rozwijała. Fiński stanowczo pozostawał w tyle. Teraz, po 2,5 roku spędzonych w przedszkolu, poziom obu języków się wyrównał, niestety nasiliło się mieszanie, natomiast zupełnie brak obcego akcentu zarówno w języku fińskim, jak i polskim . Wiem, że prędzej czy później jej dominującym językiem stanie się fiński, ale to normalna kolej rzeczy gdy mieszka się w Finlandii.
Wiem, że rodzice na całym świecie miewają problemy z tym, by nakłonić dzieci do mówienia po polsku. U nas ten problem istniał wyłącznie na początku i wyłącznie w przypadku starszej córki. Jednak byłam nieugięta, ponieważ raz – nie wyobrażam sobie rozmawiać z własnym dzieckiem w nie swoim języku, a dwa – nie do przyjęcia dla mnie byłby fakt braku porozumienia córek z rodziną w Polsce.
Przy obu córkach, raczej intuicyjnie niż świadomie, zastosowałam system zwany OPOL, czyli One Parent One Language (po polsku – jeden rodzic, jeden język). System ten polega na tym, że w przypadku rodzin dwunarodowościowych każdy rodzić mówi do dziecka w swoim języku. Według mnie jest to najważniejsze na początku, gdy dzieci uczą się mówić. Daje im to wyraźny sygnał do tego, że nie ma co kombinować, mama ma swój język, tata swój i aby się z obojgiem dogadać, prędzej czy później trzeba się dostosować. Zgoda na porozumiewanie się w jednym tylko drugim na etapie pierwszych paru lat, może skutkować tym, że dziecko po prostu odmówi mówienia w języku mniejszości. A szkoda.

Przyswajanie jednocześnie dwóch języków jest dla małych dzieci czymś automatycznym, nie wymagającym specjalnego skupienia, metod, czy wkuwania słówek. One po prostu uczą się rozumieć mówić, tak jak dzieci jednojęzyczne. A przy tym mają dodatkowy faktor stymulujący rozwój ich mózgu, bo jednak trochę więcej muszą ogarnąć. Nauka języka w późniejszym wieku to ciężka praca, wkuwanie na pamięć, zapamiętywanie reguł gramatycznych oraz niestety obcy akcent, ponieważ narząd mowy kształtuje się podczas opanowywania przez dziecko umiejętności mówienia. W późniejszym wieku mięsnie, ścięgna i cała reszta nie są już tak podatne i elastyczne, przez co prawidłowe wymówienie różnych dźwięków charakterystycznych dla różnych języków, staje się po prostu niemożliwe, albo przynajmniej bardzo trudne do opanowania.

Dlatego też uważam, że warto zawalczyć o dwujęzyczność dzieci w rodzinach mieszanych, czy też mieszkających za granicą, mimo, że nie zawsze jest to łatwe, lekkie i przyjemne. Dzieci czasem się buntują, odmawiają, obrażają. Ale jestem przekonana, że gdy dorosną, będą wdzięczne rodzicom za to, że nie odpuścili. Bo co dwa języki to nie jeden, a każdy następny jest dzięki tej umiejętności łatwiej opanować.

sobota, 24 listopada 2018

Urodziny


Październik i listopad to miesiące upływające u nas pod znakiem urodzin. Jesień w Finlandii jest porą szarą, mokrą i przygnebiająca więc  oba projekty  pod tytułem „nowe dziecko” zaplanowałam właśnie na ten czas, żeby odwrócić swoją uwagę od aury i skierować ją na coś bardziej pozytywnego ;)
Młodsza skończyła w październiku 5 lat. Po raz drugi mogła zaprosić koleżanki/kolegów z przedszkola – rok temu miała pierwszą dziecięca imprezę urodzinową. Globalna moda na organizowanie urodzin w różnych salach zabaw itp.  dotarła oczywiście również do Finlandii, ale nie jest tak „rozbuchana” jak w Polsce i na szczęście tradycyjne urodziny domowe nadal utrzymuja silną pozycję.  Dlaczego „na szczęście”? Już wyjaśniam.

Jestem może staroświecka, ale uważam, że przyjęcie urodzinowe to jedna z tradycji. A tradycje według mnie powinny pozostawać takie jakie były kiedyś – w domu, z tortem, wspólnymi grami i zabawami, rozpakowywaniem prezentów i po prostu byciem w grupie – rozmawiając, żartując, słuchajac opowieści innych, śmiejąc się z czyjegoś żartu itp. Oraz jubilatem jako najważniejszą tego dnia osobą. W salach zabaw, kręgielniach czy innych tego typu lokalach idea przyjęcia urodzinowego ginie. Dzieci albo rozbiegają się żeby korzystać z najróżniejszych atrakcji, albo skupiają się na oferowanym przez animatora programie, co jest fajne, nawet bardzo, ale jak dla mnie, bardziej odpowiednie na Dzień Dziecka, czy na przykład początek wakacji.
Jak wcześniej wspomniałam, młodsza córka po raz drugi zaprosiła w tym roku dzieci z przedszkola i po raz drugi impreza odbyła się w domu. Nie było fajerwerków ani klaunów. Byly smakołyki zdrowe i mniej zdrowe, był tort ze świeczkami, rozpakowywanie prezentów, wspólne tańce i kilka zabaw. Było siedzenie przy stole i zaśmiewanie się z opowiadanych po kolei głupotek. Córka była bardzo zadowolona. Zresztą radość przyniosła jej nie tylko sama impreza, ale również przygotowania do niej – uczestniczyła w planowaniu menu, w przygotowywaniu stołu, dekorowaniu go, ustawianiu talerzy, misek z przysmakami, a później również w sprzątaniu. Była zaangażowana w organizację od początku do końca. I to właśnie uważam za najważniejsze w calej idei przyjęcia urodzinowego.



Oczywiście jest to moje zdanie i nie zabieram nikomu prawa do posiadania innej opinii J Jak równiez nie zarzekam sie, że nigdy nie ugnę się i nie wykupię pakietu w sali zabaw. Zrobię to, tak jak zrobiłam w przypadku starszej córki, która miała imprezy i w kulkowni, i w odpowiedniku przeznaczonym dla starszych dzieci, jak również w sklepie z biżuterią(!) oraz w kręgielni.



Aż tu nagle, kończąc 12 lat, zapowiedziała, że chce zaprosić koleżanki do domu, na oglądanie filmu, wcinanie pizzy, chipsów i popijanie ich colą. Oraz że dorośli i małe dzieci (czytaj siostra) mają się wynieść na ten czas z domu. :D


No i wczoraj stało się. Po raz pierwszy córka miała wolną chatę ;)
Wpadłam do domu po pracy, aby ustalić zasady, upewnić się, czy ogarnie pieczenie mrożonej pizzy, po czym zostałam wystawiona za drzwi. Zapowiedziałam jeszcze, że ma dzwonić w razie problemów, po czym ruszyłam do sali zabaw, w której koczował już „bezdomny” mąż z młodszą.
Nie wyjechałam jeszcze z osiedla, gdy zadzwonił telefon. Córka oznajmiła, że ma pierwszy problem – spaliła popcorn w mikrofalówce. Kazałam otworzyć okno, wynieść spalony popcorn do śmieci na zewnątrz i się nie przejmować.

Więcej telefonów nie było. Dziewczynki bawiły się doskonale, obejrzały drugą część filmu Mamma Mia, pojadły, potańczyły, powygłupiały się. Gdy wróciliśmy do domu po 20, wszystko było posprzątane i tylko smród straszliwy oraz uwędzona wewnątrz mikrofalówka były dowodem na odbytą imprezę.
Niestety chyba trzeba będzie ją wywalić, bo zapach wżarł się w plastik i chyba już tam pozostanie.  Cóż, trzeba było zamiast na instrukcji pieczenia pizzy, skupić się na szkoleniu z popcornu ;) Najważniejsze jest to, że  impreza się udała, dwunastolatka jest zadowolona, a co do mikrofalówki, to cóż, od dłuższego czasu próbuję ograniczyć jej używanie, nie znajdując w tym poparcia domowników, może teraz się uda J

poniedziałek, 12 listopada 2018

Projekt "Opera".


Fińska szkoła za założenie jest całkowicie darmowa. Nie chodzi wyłącznie o naukę, czy książki i przybory szkolne, które dzieci dostają na początku każdego roku, ale też jednodniowe wycieczki, wizyty w muzeach, teatrach, czy innych ciekawych miejscach.

Jednak gdy klasa chce wyjechać na wycieczkę z noclegiem, szkoła jest w stanie pokryć tylko część kosztów. Ale i wtedy rodzice nie muszą łapać za portfel, a jeśli muszą, to w minimalnym stopniu. Dlaczego? Bo dzieci same, przynajmniej częściowo, zarabiają na swoje atrakcje.
Klasa mojej córki, na wycieczkę, na którą chcą się wybrać wiosną przyszłego roku, zaczęła pracować już rok temu, o tym zrobię kolejny wpis. Dzisiaj o projekcie „opera”, który również przyniósł im fundusze na planowany  wyjazd.
Operę o młodym uchodźcy, który przybył do Finlandii bez rodziców napisał znany fiński rapper Paleface. Sztuka porusza tematy dyskryminacji, odrzucenia, cięć budżetowych, na których cierpi fińska szkoła. W 2017 roku opera zdobyła tytuł najlepszej opery dla dzieci, przyznany przez Young Audiences Music Awards (YAMawards). Kostiumy przygotowała polska scenografka pracująca w helsińskiej operze, znana też w innych krajach Anna Kontek.

W przedstawieniu bierze udział trzech profesjonalnych artystów operowych oraz 40-60 uczniów 5-6 klas szkoły podstawowej. W projekcie ma uczestniczyć 80 fińskich szkół. Klasa mojej córki, razem z druga równoległa klasą z jej szkoły od początku roku szkolnego ćwiczyła teksty, muzykę, mając do dyspozycji materiały zapewnione przez operę. Raz, czy dwa, szkołę odwiedzali artyści, by odbyć próbę z uczniami. W dniu spektaklu dzieciaki od rana przebywały w operze na ostatnich próbach, na próbę generalną przyjechali uczniowie szkoły, by obejrzeć przedstawienie.
 
 

Przedstawienie właściwe było przeznaczone dla rodzin dzieci, znajomych i wszystkich innych chętnych, a bilety sprzedawały same dzieci. Sprzedaż zaczęła się kilka tygodni przed spektaklem, trwała do ostatniego dnia. Widownia była niemal pełna, a w ten sposób klasa zarobiła pieniądze na wycieczkę.
 
 

 Poziom młodych artystów przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Dzieciaki ogarnęły scenariusz w najmniejszych detalach, każdy wiedział co do niego należy, śpiewały czysto, „wchodząc” w utwory w odpowiednich momentach – jak przystało na operę, śpiewanie było dialogiem między artystami, a nie zwykłym odtworzeniem całych utworów. Oczywiście oczy miałam pełne łez wzruszenia od początku do końca, a nawet trochę ich ulałam ;)
 
 

A  gdy dodatkowo okazało się, że moja osobista córka, została jedną z czterech wykonujących odrębne tańce dziewcząt i jej nazwisko pojawiło się w obsadzie obok nazwisk profesjonalnych artystów, to już w ogóle zostałam powalona przez wzruszenie na łopatki :D

Więcej o projekcie, po angielsku, przeczytacie tutaj:

czwartek, 4 października 2018

Ubieranie dzieci jesienią i zimą.

Gdy nastanie jesień lub zima, ubieranie dziecka przed wyjściem na spacer spędza sen z powiek chyba każdej mamie. Bo chodzi o to, by nie przegrzać, ale też nie wyziębić, ma być wygodnie, praktycznie, ale nie zaszkodziłoby, jeśli byłoby również ładnie.

Kwestie estetyki odpuszczę, wszak o gustach się nie dyskutuje i to co podoba się mnie, niekoniecznie musi się podobać mamie z sąsiedztwa. Ani żadnej innej. Skupię się na praktyczności, zwłaszcza, że dla Finów to wartość najważniejsza – nie ma bowiem złej pogody, może być tylko nieodpowiednie ubranie. Czyli albo mało praktyczne, albo niedostosowane do panującej za oknem aury. W fińskich przedszkolach wieszany jest ten obrazek - ma on pomóc rodzicom w doborze garderoby, ponieważ bez względu na pogodę, dzieci spędzają na dworze minimum 2 godziny, często więcej i ważne jest, aby nie było im ani za gorąco, ani za zimno.



W przypadku niemowląt, które wożone są w wózku, czyli nie ruszają się, a więc jest im zimniej niż pchającej powóz mamie, wystarczy jedna dodatkowa warstwa. Dodatkowa, w stosunku do tego co ma na sobie mama. I nie chodzi tu o warstwę najgrubszą, tylko taką, że tak powiem – średnią. Czyli na przykład polarowy albo wełniany kombinezon. Jeśli więc mama ma na sobie bluzkę, a na niej jesienną kurtkę, dziecku oprócz body i rajstopek założyłabym właśnie polarowy kombinezon i włożyła je w lekko ocieplany śpiwór. Do tego dzianinowa czapeczka i już. Spacerując zimą, w puchowej kurtce, wsadziłabym dziecko w puchowy śpiwór, a pod spód, na ubranie domowe, znowu założyła polarowy lub wełniany kombinezon. A w przypadku większego mrozu, dodała jeszcze jedną warstwę, bo sama pod puchowa kurtkę założyłabym jakąś dodatkową bluzę. W Finlandii dzieci, w tym również niemowlęta, wyprowadza się na spacery do około -15- -18 stopni. Często wystawia się po prostu wózek przed dom w porze drzemki i dzieci śpią sobie smacznie na świeżym powietrzu. Chyba, że tak jak robiły to moje, śpią wyłącznie gdy karoca jedzie – wtedy nie ma rady, trzeba zażyć ruchu i udać się na spacerek.

Gdy dzieci zaczynają chodzić, dodatkowa warstwa przestaje być potrzebna. Często jest wręcz odwrotnie i dziecku wystarcza jedna warstwa mniej niż dorosłemu – maluchy przeważnie raczej biegają niż chodzą, wspinają się gdzie tylko się da, podczas gdy rodzic stoi i patrzy, lub ewentualnie dziecko asekuruje. Dlatego nie bardzo rozumiem pędu do opatulania dzieci w grubaśne kurtki, zawijanie szalikami po uszy, zakładanie czap, a na to kapturów gdy temperatura spadnie poniżej 5-10 stopni.

Oczywiście należy brać pod uwagę indywidualne potrzeby pociechy, bo tak jak wśród dorosłych, również wśród dzieci są maluszki - zmarźlaczki oraz maluszki, którym jest wiecznie gorąco. Również klimat w jakim żyjemy, ma wpływ na to, jakie to ubranie powinno być. Tu w Finlandii, nie wyobrażam sobie ubierać dziecka w zimowy kombinezon, gdy jest koło zera, bo w co bym je w takim razie ubierała przy -15, czy -20? Wełniany/polarowy/inny ciepły pajac założony na bluzkę i rajstopy, legginsy czy cienkie dresowe spodnie pod nieocieplanym kombinezonem przejściowym, nieprzepuszczającym wiatru i wilgoci oraz nie absorbujący brudu zupełnie wystarcza, nawet gdy rano temperatura odczuwalna jest jeszcze poniżej zera. Takie kombinezony są tutaj na północy bardzo popularne. Zestawy przejściowe kurtka+spodnie z tego samego materiału również, ale z uwagi na zwisanie, pełzanie, wszelkie skłony i inne wygibasy, uważam, że kombinezon jest praktyczniejszy, bo nie grozi odsłonięciem pleców i przeziębieniem nerek.  W Finlandii nie widuję dzieci siedzących jesienią lub wiosną w piaskownicy w dżinsach, czy sztruksach. Do nich piach się czepia, wilgoć przenika, więc praktyczni Finowie na coś takiego się nie piszą ;)



Ważne są odpowiednie, nieprzemakalne buty, zimą wełniane skarpety i konkretne rękawiczki, bo wiadomo, że stopy i dłonie marzną przeważnie łatwiej niż reszta ciała. Jeśli jest paskudnie, mokro i deszczowo, na wszystko dodaje się jeszcze tak zwane przez mnie „gumowe gacie”, bez których nie wyobrażam sobie kariery przedszkolnej moich córek. Są obrzydliwe, szerokie (tak, by weszły na kombinezon, czy kurtkę i spodnie), dziecko wygląda w nich jak nie powiem co, ale może bezkarnie bawić się w mokrych resztkach śniegu, błocie, usiąść w kałuży, a mama po takiej zabawie spłukuje gumowe wdzianko (oprócz gaci są też kurtki i rękawice sięgające łokci) pod kranem (albo szlauchem prosto na dziecku, co praktykuje się w przedszkolu mojej młodszej :D) i ma spokój oraz czyste ciuchy spod wdzianka.

 


W zimowe grube kombinezony zaczynamy się wbijać gdy przyjdą całodzienne mrozy. A gdy przymrozi bardzo konkretnie, będziemy pod te kombinezony dokładać kolejne warstwy, zgodnie ze schematem, którym wspomagają się fińscy rodzice i panie przedszkolanki. Nieważne, że bywa niepięknie. Ważne, że ciepło, wygodnie i praktycznie.

Trzymajcie się ciepło tej jesieni i nadchodzącej zimy!

środa, 26 września 2018

Finowie i kawa.

Finowie to naród uwielbiający kawę. Od lat, w raportach dotyczących jej spożycia, zajmują pierwsze miejsce z około 10  kilogramami na osobę rocznie.  Dla porównania, Włosi, naród słynący ze swoich espresso, cappuccino itp. spożywają  tylko 5,7 kilogramów, a Hiszpanie jeszcze mniej – 4,5 kilograma rocznie.

Kawa w Finlandii to napój, który pije się przez cały dzień. Poranek bez kawy to coś nie do przyjęcia. Przerwy na kawę w pracy to świętość. Kawa popołudniowa to oczywistość. Każdy szanujący się Fin posiada w szafce porządny zapas kawy, a przynajmniej ze 2-3 paczki. Nie ma takiej możliwości, by kawy mogło zabraknąć.
W typowo lunchowych restauracjach, kawa jest wliczona w cenę obiadu, można wypić jej ile się da radę. U fryzjera kawa w dzbanku to podstawa. W stacjach przeglądu samochodów również. Finowie są w kawie po prostu zakochani.
Za to cudzoziemcy maja na jej temat odmienne zdanie, co można wyczytać z wyrazu twarzy prezydenta Francji Emanuela Macrona, który został poczęstowany przez prezydenta Finlandii, podczas ich spotkania w Helsinkach :D



W dobie wypasionych ekspresów ciśnieniowych, Starbucksa, cafe latte i innych macchiato, skromni Finowie pozostają wierni prostym ekspresom przelewowym. Kawa z fińskich palarni jest grubo mielona, posiada różny stopień uprażenia i stanowi dumę narodową. Ludzie zza granicy uważają ja za lurowatą, kwaśną (tu poradziłabym spróbować takiej mocniej prażonej, kwaśny posmak jest w niej mniej odczuwalny niż w tej jasnej, którą wybiera 78% Finów), żeby nie powiedzieć – prymitywną.
 
 

Kawa w dzbanku, w restauracji, czy poczekalni warsztatu samochodowego często stoi dość długo na podgrzewaczu i niestety traci na smaku. Jednak Finom to nie przeszkadza. Cóż – siła przyzwyczajenia ;) Picie kawy to nawyk, który jest tak samo popularny w sąsiedniej Szwecji, co zauważyłam czytając namiętnie szwedzkie kryminały – bohaterzy ciągle namiętnie sięgają po ten napój.
Jako szanująca się wieloletnia mieszkanka krainy Muminków uległam mu doszczętnie.
Bez kawy nie otwieram rano oczu.
 
 W drodze do pracy popijam ją z kubka termicznego.
 
 W pracy z ulubionego, emocjonalnie dla mnie ważnego kubka w motyle.
 
 Kawa musi być i już. Z „mlekiem” owsianym (krowiego nie używam) lub czarna z cukrem. W sytuacjach awaryjnych, gdy nie mam pod ręką ekspresu, może być rozpuszczalna. Natomiast nie wezmę do ust nawet łyka tradycyjnej polskiej „plujki”. Nie i już.

A gdy nie piję kawy, sięgam po białą herbatę, rooibos lub herbaty owocowe.

I tym różnię się jeszcze od Finów, którzy nie są herbaciani, chociaż i tak piją jej więcej niż ponad 16 lat temu, gdy wylądowałam po tej stronie Bałtyku.  Ale o tym może innym razem.

poniedziałek, 24 września 2018

Nowy szpital dziecięcy w Helsinkach

Szóstego września tego roku otwarto w Helsinkach nowy szpital dziecięcy. Ogromny projekt zapoczątkowany ładnych kilka lat temu, doczekał się finału.

foto:internet

Fińskie dzieci (jest to szpital, w którym będą leczone dzieci z całej Finlandii) otrzymały mega nowoczesne, przyjazne, stworzone specjalnie dla nich miejsce, w którym oprócz tego, że będą wyganiane z ich organizmów choroby, będzie miło przebywać, czy to na pobytach dziennych, czy na leczeniu wymagającym dłuższego „pomieszkania” w tej placówce.
hall-poczekalnia (foto:Antti Aimo-Koivisto / Lehtikuva)
 
Projekt szpitala od pierwszej kreski zakładał przede wszystkim poszanowanie i przestrzeganie praw dziecka. Mali pacjenci mają więc zapewnioną prywatność, zaspokojoną potrzebę zabawy i rozwoju, a także bliskość rodziców bez względu na porę dnia i nocy.

Poza najnowocześniejszym wyposażeniem diagnostycznym i najlepszymi specjalistami, szpital oferuje wszystkim pacjentom jednoosobowe pokoje z kanapami, na których mogą nocować rodzice, małymi lodówkami oraz łazienkami. Na terenie szpitala znajdują się miejsca, w których rodzice mogą odpocząć, poczytać, czy pobawić się ze zdrowym rodzeństwem pacjenta, a także przygotować sobie coś do jedzenia.
pokój pacjenta (foto:Antti Aimo-Koivisto / Lehtikuva)
 
Oddział pobytu dziennego jest duży, tak, by jak największa ilość pacjentów z okręgu stołecznego mogła po przyjęciu leków lub poddaniu się drobnym zabiegom, mogła wracać na noc do domu. A jeśli zdarzy się dłuższy pobyt w szpitalu, oferuje on różnorodne sale zabaw, jak na przykład sala balowa, atelier artystyczne, pokój do zabaw w piasku i wodzie, a dla młodzieży sala gier ze stołem bilardowym. Spokoju i bezpieczeństwa w salach dla najmłodszych pilnuje wykwalifikowana kadra pedagogiczna.
pokój zabaw (foto:Antti Aimo-Koivisto / Lehtikuva)

pokój młodzieżowy (foto:Antti Aimo-Koivisto / Lehtikuva)
 
Szpital jest ogromny, nafaszerowany najnowocześniejszą technologią, każdy jego szczegół został przemyślany i zaplanowany tak, by służył małym pacjentom jak najlepiej. Nasuwają się pewnie komentarze, że jasne, w bogatej Finlandii można sobie na taki wypasiony szpital pozwolić, że łatwo się chwalić, mieszkając w kraju znanym z doskonałej opieki socjalnej i dobrobytu. Myślę, że jednak warto przedtem zapoznać się z historią tego projektu, który tak naprawdę był realizowany w latach kryzysu gospodarczego, z którego Finlandia mozolnie wychodziła wolniej niż inne kraje europejskie (poziom gospodarczy sprzed początku kryzysu, czyli sprzed 2011, udało się uzyskać ponownie dopiero w tym roku).
 
Oto ona.
Już w 2001 roku przedstawiciele opieki zdrowotnej doszli do wniosku, że wybudowana w latach 40. ubiegłego stulecia klinika dziecięca nie sprawdza się już jako główny szpital dziecięcy, w którym leczone są dzieci z całego kraju. Placówka stała się zbyt mała, była przestarzała i wymagała ciągłych remontów. Potrzebie wybudowania nowego, dużego, nowoczesnego szpitala dla fińskich dzieci stała się faktem.

W roku 2012 grupa wpływowych postaci ze świata kultury i biznesu założyła stowarzyszenie, którego zadaniem było przyspieszenie decyzji o budowie placówki dzięki zbiórce środków i datków  na ten cel.

Stowarzyszenie noszące nazwę Uusi lastensairaala 2017 (Nowy szpital dziecięcy 2017) rozpoczęło proces zdobywania środków na budowę szpitala w lutym 2013 roku. Celem było zebranie 30 milionów euro. Miały to być datki od firm oraz osób prywatnych. Cel osiągnięto 26. sierpnia 2014 roku. Jednak zbiórkę kontynuowano w kolejnych latach i ostateczny jej wynik wyniósł 38,6 miliona euro.

Jedną z najbardziej spektakularnych akcji charytatywnych był koncert Live Aid ULS2017, który odbył się 6. czerwca 2015, a wystąpiły na nim największe gwiazdy fińskiego rynku muzycznego. Przed koncertem, w ramach projektu muzycznego o tej samej nazwie, powstał utwór, w którego tworzeniu swój udział miał artysta o polskich korzeniach, Jurek Reunamäki. Utwór „Lohtu”  został wydany w postaci singla, powstał też do niego teledysk. Możecie go zobaczyć tutaj:

Budowa szpitala wystartowała w sierpniu 2014 roku. Inwestycja pochłonęła łącznie 175 milionów euro, z czego część stanowiły darowizny, część zapewniło państwo, a na resztę stowarzyszenie Uusi sairaala 2017 zaciągnęło kredyt, który regionalno-stołeczny urząd opieki medycznej będzie spłacał w formie czynszu przez kolejnych 30 lat.
Budowa zakończyła się w maju 2018. Kolejne miesiące upłynęły na urządzaniu wnętrz oraz wyposażania ich w sprzęt medyczny. Od dwóch tygodni startują stopniowo wszystkie oddziały.  Mam nadzieję, że moje dzieci nigdy nie będą potrzebowały korzystać z opieki szpitalnej. Cieszę się jednak, że te dzieci, które tego potrzebują, dostały to miejsce. Wszystkie dzieci świata oraz ich rodzice na takie zasługują.

poczekalnia dla rodzin na oddziale operacji (foto:Antti Aimo-Koivisto / Lehtikuva)

wtorek, 18 września 2018

O pasjach naszych pociech.

Gdy moja starsza córka miała 4 lata, dostała swoje pierwsze w życiu łyżwy. Nogi jej się rozjeżdżały, ale parła dzielnie do przodu. Gdy już utrzymywała się jako tako na lodzie, zapisałam ją do szkółki łyżwiarskiej, nie ukrywam, trochę z powodu dawnych niespełnionych marzeń o trenowaniu łyżwiarstwa figurowego. Zajęcia spodobały się córce, ale nie wsiąkła w nie po uszy, więc po pierwszej serii zajęć nie zapisałam jej na kolejną. Wspólnie zdecydowałyśmy, że spróbuje sił w szkółce pływackiej. To też było ok, chodziła na zajęcia chętnie, ale bez euforii.

Kolejne były zajęcia baletowe, chociaż stanowiły takie raczej pobrykiwanie niż prawdziwy balet. Mała miała już wtedy siedem lat i faktycznie dobrze się na tych hopsach czuła. Występy na koniec każdego sezonu były dodatkową motywacją, wtedy tez zauważyłam, że moje dziecko ma osobowość gwiazdy, kocha scenę, uwielbia być podziwiana, nie wie co to trema ;)
Któregoś dnia wróciła z zajęć i wręczyła mi karteczkę.

Na karteczce było napisane, że młoda jest bardzo elastyczna i podpisana niżej trenerka gimnastyki estetycznej, która szuka nowych talentów, zaprasza nas na nabór do zespołów o różnym stopniu zaawansowania. Przyznaję, wtedy po raz pierwszy w życiu usłyszałam o tej dyscyplinie.
Wygooglałam szybko.


Po fińsku było mnóstwo, w końcu to sport wywodzący się z Finlandii i, jak się okazało, ogromnie tu popularny. Młoda bardzo chciała iść na te eliminacje, więc poszłyśmy. Wyginano ją na wszystkie strony, kazano wykonywać karkołomne figury, a ja patrzyłam i czarno to widziałam ;) Po dwóch dniach otrzymałam informację, że młoda zakwalifikowała się do… grupy zaawansowanej w swoim przedziale wiekowym. Gtrupy trenującej trzy razy w tygodniu po 2,5 godziny. Tego zupełnie się nie spodziewałam, oczekiwałam raczej zaproszenia do drużyny zajmującej się gimnastyką rekreacyjnie, a tu takie wieści. Oczywiście córka, bardzo podekscytowana, natychmiast wyraziła chęć trenowania czegoś, o czym jeszcze kilka dni wcześniej nie słyszała. Ponieważ zaczynały się właśnie wakacje, zasugerowano, bym zapisała ją na tygodniowy gimnastyczny obóz stacjonarny odbywający się w czerwcu, by poznała swoje drużynowe koleżanki i zaczęła się rozciągać, aby nadrobić to,  czym inne dziewczynki zajmowały się niejednokrotnie już od ładnych kilku lat. Jednocześnie mogła się przekonać, czy to na pewno coś co chce robić.
To był strzał w dziesiątkę. Camilla wsiąkła w ten sport po same uszy.
Będąc w grupie 8-10 latek, nie brała udziału w zawodach. Jej drużyna brała udział w pokazach, nabierając w ten sposób doświadczenia. Po roku treningów i występów z grupą zaawansowaną, zaproponowano jej przejście do drużyny 10-12, ale na wyższy, poziom, na którym rywalizacja stała się faktem. Oznaczało to większą ilość treningów oraz konkurowanie z drużynami z całej Finlandii. A także z innych krajów, czego po raz pierwszy Camilla doświadczyła równo dwa lata po rozpoczęciu swojej gimnastycznej kariery, wyjeżdżając na zawody do estońskiego miasta Narva, gdzie jej drużyna zajęła nieoczekiwanie drugie miejsce, przegrywając jedynie z zawsze groźnymi Rosjankami. My, kibicujące na trybunach mamy, usmarkałyśmy się i spłakałyśmy z emocji, wzruszenia, sama nie wiem czego jeszcze ;)



Po zawodach w Narvie przyszła propozycja przejścia do drużyny reprezentującej w klubie najwyższy poziom w grupie wiekowej 10-12 lat. Wahałam się, wiedziałam, że treningów będzie jeszcze więcej, a oczekiwania wysokie, bo wybrane dziewczynki miały w przyszłości reprezentować klub na mistrzostwach Finlandii, a w razie dobrych wyników, po przejściu do grupy juniorskiej, czyli 14-16 latek, Finlandię na mistrzostwach Europy i świata. Jednak widząc błagalny wzrok dziecka, nie dało się odmówić. Warunkiem były dobre wyniki w nauce, albowiem trening 5 razy w tygodniu, trwający 2,5-3,5 godziny nie wróżył nadmiaru czasu na siedzenie nad książkami. Wyniki w miarę upływu czasu okazały się być lepsze niż kiedykolwiek wcześniej, co potwierdziło słowa trenerek, że osobo zajmujące się wyczynowo sportem są bardziej obowiązkowe, lepiej zorganizowane i można im zaufać. Podpisuję się pod tym obiema rękami, młoda odrabia lekcje w locie, między szkoła, a treningiem, ja tego nie widzę, bo jestem wtedy w pracy, nie muszę przypominać kontrolować, tak naprawdę nawet nie wiem co z którego przedmiotu ma akurat na tapecie...



Zeszły rok, pod znakiem Elite Kids, 10-12 latek konkurujących z kilkudziesięcioma zespołami z całego kraju, zaowocował kilkoma srebrnymi i brązowymi medalami. Zdarzyły się jakieś porażki, ale przeciez sport i na tym polega. Treningi, weekendowe całodzienne zgrupowania, wyjazdy na zawody zdominowały życie rodzinne. Ale nie da się zabronić dziecku tego w czym jest dobre, co uwielbia, czym żyje. Nie da się.
Aktualny sezon Camilla zaczęła w nowej drużynie. 12-14 latki, czyli prejuniorki. Na tym etapie mniej jest konkurujących drużyn, bo dziewczynki zaczynają miewać dość. Albo przestają się rozwijać sportowo. Albo muszą skupić się na szkole. Cami radzi sobie świetnie ze wszystkim. W dni powszednie trenuje cztery razy po 3,5 godziny, wolny od treningu ma tylko piątek. W weekendy sporadycznie trening trwa 3,5 godziny. Znacznie częściej dziewczynki spędzają na sali treningowej 7-8 godzin, zarówno w sobotę, jak i w niedzielę, od sierpnia zaliczyły też dwa weekendowe  zgrupowania w jednym z najlepszych ośrodków sportowych w Europie, gdzie trenowały pod okiem najlepszych trenerów z Finlandii i zagranicy. Pierwsze zawody w nowym składzie z nowym programem, w nowej grupie wiekowej odbędą się w połowie października. W maju tego roku Cami i jej drużyna Elite Sport Club Vantaa zawalczą o mistrzostwo Finlandii.

Moje starsze dziecko w listopadzie kończy 12 lat. A ja praktycznie jej nie widuję. Gdy wychodzę rano z domu, jeszcze śpi. Gdy wracam z pracy, jest już na treningu. Do domu wraca 20.15-20.45. By zjeść, wziąć prysznic, zamienić ze mną parę słów. Czy mi to pasuje? Sama nie wiem. Na szczęście mam jeszcze pięciolatkę, która wypełnia mój wolny czas. Wiem, że nie mogę stawać na drodze, którą idzie moja starsza córka. Muszę i chce ją wspierać. Uwielbiam sport, który uprawia, jestem z niej mega dumna. Poza tym widząc znudzoną młodzież, przesiadującą wieczorami na boisku osiedlowej szkoły, słysząc język, którego używają, widząc jak się zachowują jak śmiecą, co piją (niestety nie soki) i palą, cieszę się że młoda ma pasję. Zaczyna wkraczać w trudny wiek, gdyby nie miała zajęcia, nie wiadomo co wpadałoby jej do głowy.
Owszem, trochę szkoda, że rozluźniły się jej klasowe przyjaźnie, niektóre zawarte jeszcze w przedszkolu. Nie ma na nie czasu. Ale ma nowe przyjaciółki, z którymi dzieli swoją pasję, z którymi spędza mnóstwo czasu, wyjeżdża, stresuje się, wspiera je oraz dostaje od nich wsparcie. A także cieszy sukcesami, które odnoszą wspólnie.

Cieszę się, że znalazła coś dla siebie. Uważam, że rolą rodziców jest danie możliwości, podsunięcie pomysłu, ale nie wciskanie dziecku niczego na siłę. Dobrym można być tylko w czymś co się kocha. A moja Camilla kocha tę swoją gimnastykę estetyczna i ma poważne plany na życie z nią związane. Chce iść na studia o kierunku sportowym. Aby zostać trenerką.
Na tapecie jest teraz jej pięcioletnia siostra. W zeszłym roku spróbowała baletu, z którego zrezygnowała po trzech zajęciach. W październiku zaczyna zajęcia związane z piłką nożną. Jeszcze nie prawdziwe treningi, raczej zabawy i gry z piłką w roli głównej. To wybrała.  Może zaskoczy, może nie. Ma czas. Najważniejsze to dać jej szansę i wybór.
Nie zawsze tym wyborem musi być sport. Mogą być zajęcia artystyczne, czy naukowe. Cokolwiek, Byle dziecko samo wybrało. Byle nie musiało realizować niespełnionych marzeń, czy ambicji rodziców. Byle mogło być sobą. Tyle mam do powiedzenia na temat pasji naszych pociech J

Jeśli chcecie zobaczyć program Camilli i jej koleżanek, nagrodzony kilkakrotnie medalami w zeszłym sezonie, kliknijcie w  poniższy link i wybaczcie bardzo średnią jakość nagrania

https://www.youtube.com/watch?v=6E0ijEHupyE&app=desktop 


piątek, 14 września 2018

Grzyby, kurczak teriyaki, czyli kocham jeść.

Grzyby obrodziły tej jesieni w Finlandii bardzo. A gdy tu obrodzą, to się człowiek o nie dosłownie potyka, zwłaszcza jeśli mieszka pod lasem. A chyba większość ludzi mieszka tu pod lasem :D
Lubię zbierać grzyby, lubię je jeść, ale z domu nie wyniosłam zbyt wielu przepisów, mimo, że pochodzę z rodziny grzybiarzy i każdej jesieni zbieraliśmy oraz jedliśmy ich mnóstwo. Praktycznie chyba zawsze usmażone z cebulą i jajkiem. Teraz też, z sentymentu, takie czasem jadam, jednak szukam nowych smaków i czasami coś niezłego z tego wyjdzie.

Jadąc któregoś dnia do pracy usłyszałam w radiu przepis podany przez prowadzącą audycję - prosty, szybki, więc dobry do wykorzystania od razu, bez wielkiego planowania. Potrzebowałam:
- grzybów
- cebuli
- cukinię
- przyprawy - sól, pieprz, chili, odrobinę czosnku
Posiekałam wszystko, usmażyłam, doprawiłam na ostro.  Było pyszne! Cukinia doskonale komponuje się z grzybami, polecam.

 
 
A do tej potrawki bardzo pasowały skrzydełka w sosie teriyaki, na które przepis usłyszałam parę dni wcześniej i od razu wiedziałam, że będę chciała go wypróbować. To pięcioskładnikowy przepis Jamiego Olivera, do którego potrzebne są
- kurze skrzydełka
- sos teriyaki
- świeże papryczki chili
- ziarna sezamu (pominęłam bo nie przepadam, poza tym sos, który miałam w domu był właśnie z ich dodatkiem)
- ocet winny z czerwonego wina (miałam zwykły ocet i tez zdał egzamin, trzeba go dosłownie odrobinę, w sumie to nawet nie pamiętam po co ;) )
 
Skrzydełka należy podsmażyć kilka minut na kilku kroplach oleju. Papryczki chili pozbawić pestek i przekrojone wzdłuż wrzucić na patelnię do skrzydełek. Zalać wszystko sosem. Wlać tyle wrzącej wody, by całe skrzydełka zostały nią zakryte. Gotować/dusić skrzydełka około 30-40 minut, aż woda się zredukuje i zostanie lepki, gęsty sos. Wtedy wlać dosłownie łyżkę octu. Wymieszać i wyjąc skrzydełka do miski, czy na półmisek. Posypać uprażonymi na suchej patelni ziarnami sezamu (ja tego nie zrobiłam). Niebo w gębie! Mięso samo odchodziło od kości, paluchy wymazane były sosem, bo to nie eleganckie danie jedzone sztućcami ;) Na pewno nie raz je powtórzę, Jamie, dzięki za pomysł :D
 
 
SMACZNEGO!
 


czwartek, 13 września 2018

Co z tą szkołą?

Oglądałam w zeszłym tygodniu DDTVN, w którym mówiono o tym jak bardzo przeładowany jest dzień polskiego ucznia. 7-8 godzin w szkole, później 3-4 godziny odrabiania pracy domowej. Lekcje zaczynające się o 7 rano, lub o 14. Chodziło o wyższe klasy podstawówki.
Uważam, że to jest totalne zabieranie dzieciom życia. I zastanawiam się po cholerę tyle tego?
Moja starsza córka jest w 6, ostatniej klasie fińskiej podstawówki. Od początku jej kariery szkolnej zastanawiam się kiedy zacznie być trudniej, bardziej intensywnie. Ze strachem to robię, bo jako wyczynowa gimnastyczka, 6 razy w tygodniu, poza piątkiem, ma po kilka godzin treningów dziennie i boje się, że kiedyś po prostu tego wszystkiego nie ogarnie. Ani czasowo, ani umysłowo, bo przecież nauki z roku na rok jest więcej.
I faktycznie, czasowo jest intensywnie, bo czasem musi prosto ze szkoły jechać na trening, do domu wraca grubo po 20, ale gdy zobaczyłam jej plan lekcji, po raz kolejny ucieszyłam się, że uczy się w Finlandii, nie w Polsce. Ma 26 godzin tygodniowo, z czego 8 godzin to jakieś wuefy, plastyki i prace ręczne. Prace domowe odrabia w locie, między szkołą, a treningami, czasem przed szkołą, gdy ma na 11, czy 10. Ale najpóźniej kończy o 16, najwcześniej zaczyna o 8.30, spędza w szkole 5-5,5 godziny. Więc wysypia się, znajduje też czas by przygotować się do sprawdzianów, chociaż faktycznie, do tej pory nie widziałam chyba, by na naukę, czy odrabianie lekcji poświęciła więcej niż pół godziny.
Do tego, niemal w każdym tygodniu, a już na pewno minimum raz na 2-3 tygodnie, ma w szkole albo dzień sportu, albo całodzienną wycieczkę, albo inne atrakcje i wtedy normalne lekcje w ogóle się nie odbywają, a co za tym idzie, nie ma też zadawanej pracy domowej.
Być może w gimnazjum zacznie się orka na ugorze, gdy od każdego przedmiotu będzie miała innego nauczyciela, uważającego swoją dziedzinę za najważniejszą, nie wiem. Ale na razie cieszę się, że nie ślęczy nad nauką, ma czas na swoją pasję i nie musi się bać, że ucierpią przez nią wyniki w szkole.
Jednocześnie zastanawiam się, czym kierują się ci, którzy ustalają tak przeładowany program nauczania w polskich szkołach. Przy tylu godzinach nauki głowa przestaje pracować, więc wydajność przyswajania spada. Wcześnie rano, czy późnym popołudniem też trudno o to, by ogarniać wszystko w locie i z radością. Poza tym sama pamiętam, że gdy ja chodziłam do szkoły, uczono nas mnóstwa niepotrzebnych rzeczy, których albo dawno nie pamiętam, albo nawet jeśli zostały mi w głowie, to zupełnie nie są mi do niczego potrzebne. A przecież ani nie przesiadywałam w szkole po 7-8 godzin, ani nie ślęczałam godzinami nad lekcjami, więc chyba i tak było tego mniej niż w polskich szkołach teraz.
A może sprawa została wyolbrzymiona na potrzeby telewizyjnego show? Chociaż ten temat nie pierwszy raz pojawił się w mediach, więc chyba cos jest na rzeczy i problem naprawdę istnieje?

PS. Temat szkoły mnie interesuje już od jakiegoś czasu, o tym jak wygląda w Finlandii napisałam tutaj Fińska szkoła

 

czwartek, 12 lipca 2018

Wakacje. Urlop. PAKOWANIE

Wakacje szkolne trwają w Finlandii już od początku czerwca, ale ja dopiero jutro zaczynam swój wyczekany urlop. Oczywiście tradycyjnie zabieram dziewczynki do Polski, bo kiedy jak nie w wakacje i święta mają spotkać się z polskimi dziadkami i dalszą rodziną? Oraz dbać o swoja piękną polszczyznę, o którą, zwłaszcza w przypadku starszej, musiałam sporo powalczyć?

Tradycyjnie robi mi się słabo na myśl o pakowaniu. Zwłaszcza, że lecąc samolotem nie mogę sobie pozwolić na wzięcie tego co tylko mi przyjdzie do głowy. Takie luksusy to tylko w przypadku wyprawy autem odpowiednich rozmiarów.
A my musimy zmieścić się do jednak konkretnej walizki oraz dwóch małych, podręcznych.  Będziemy w Polsce 15 dni, podczas których pogoda może być różna. Poza tym różne będą okazje. Wizyta u rodziny na wsi, wyprawy na plażę, wyprawy „do miasta”, restauracji, wyjścia do kina, lasu itp.

Od zawsze mam tendencje do zabierania zbyt dużej ilości wszystkiego, więc i teraz upchnę pewnie sto niepotrzebnych rzeczy. Samych sukienek dla siebie wymyśliłam już 7 :D A do nich przecież trzeba mieć pasujące buty. A co ze spodniami, bluzkami, spódnicami?
Młode też mają wyglądać jak ludzie, być ubrane stosownie do miejsca, aury i nastroju.
Starsza, prawie 12-latka, pakuje się sama. Ja w jej garderobę już od jakiegoś czasu nie ingeruję. I muszę przyznać, że robi to dobrze – bierze kilka ulubionych ciuchów i już. Ubrania młodszej wybieram ja, tak jak dla siebie, zawsze biorę ich za dużo, poza tym gdy wezmę sporo cieplejszych rzeczy – przez większość urlopu jest upał, a gdy postawię na odzież letnią, bo w końcu to letnie wakacje – to wtedy leje, wieje i mała chodzi non stop w tych samych spodniach i bluzie :/

Jak dobrze, że mając bazę u mojej mamy, nie muszę się martwić o ręczniki, kosmetyki, żadne leki na wszelki wypadek, zabawki, książki itp. Co nie zmienia faktu, że pakowania nie cierpię. Ale to i tak nic w porównaniu z rozpakowywaniem po powrocie. Tego po prostu nienawidzę. Ale tym będę się martwic po urlopie  ;)

czwartek, 5 lipca 2018

Apsik!


Dzisiaj bedzie powtórka, czyli kopia mojego tekstu z poprzedniego bloga o fińskim (oraz bardzo już moim) podjeściu do infekcji wirusowych u dzieci.

Dzieci się przeziębiają. Niektóre nawet kilkanaście razy w roku. Zwłaszcza, gdy zaczną uczęszczać do żłobka, czy przedszkola i zetkną się z wirusami roznoszonymi przez inne dzieci. Przeziębienia dzieci powyżej roku, chociaż spędzają sen z oczu rodziców, a głównie mam, nie są specjalnie groźne, a wręcz odwrotnie – pomagają dziecku w wyrobieniu odporności. Organizm powinien sam sobie z takim wirusowym przypadkiem poradzić, zresztą na wirusy tak naprawdę nie ma leku. Jako mama nie lubiąca zbędnych medykamentów, nie potrafię pojąć polskiego fenomenu setek pseudoleków dostępnych bez recepty, którymi ludzie faszerują siebie i swoje dzieci, gdy te parę razy kichną, czy kaszlną. Albo wręcz zapobiegawczo.
Gdy moim córkom zdarzy się infekcja wirusowa (a młodszej zdarzała się dość często w pierwszym roku w przedszkolu, czym doprowadzała mnie do rozstroju nerwowego, ponieważ nie mogąc machnąć ręką na pracę, musiałam godzić ją z zajmowaniem sie młodą w domu), w ruch idzie nebulizator oraz sól fizjologiczna. Nie wiem na czym polega jej cudowne działanie, ale gdy przeziębienie dopiero się rozkręca, kilka nebulizacji w ciągu dnia potrafi je skutecznie zatrzymać. A gdy jednak zaraza się  rozszaleje, wdychanie chmury z soli fizjologicznej nawilża gardło, łagodzi kaszel, chyba trochę też rozrzedza wydzielinę w drogach oddechowych, ułatwiając jej odkrztuszanie, co zapobiega odkładaniu się, a co za tym idzie – rozwojowi zapalenia oskrzeli.

W przypadku gorączki, zbijam ją paracetamolem lub ibuprofenem, ale to praktycznie jedyne dostępne bez recepty leki dla dzieci, które mam zawsze w domu.
Jeśli któraś z córek ma katar, a więc i zatkany nos, stawiam na noc w pokoju talerzyk z posiekaną cebulą. Śmierdzi okrutnie, ale ułatwia oddychanie koncertowo. Starsza życzy sobie czasami kilka kropli olejku mentolowego lub eukaliptusowego na piżamę, to też pomaga. Jeśli nie ma gorączki, korzystamy tez z sauny parowej, którą mamy szczęście posiadać.
W przypadku kaszlu staram się skłonić dziewczynki do popijania ciepłej wody z miodem, domowego syropu z cebuli (posiekana cebula plus miód) lub naparu z tymianku ( z dość marnym skutkiem).
Gdy słyszę, że kaszel się rozkręca, a drogi oddechowe są zapchane wydzieliną, do akcji wkracza ventolin. To lek na receptę, z założenia przeciwko astmie, w praktyce lekarze w Finlandii przepisują go w również przypadku zapalenia oskrzeli, ponieważ rozszerza on drogi oddechowe, pomagając w ten sposób pozbyć sie wydzieliny podczas kaszlu. Od kiedy używam nebulizatora, proszę zawsze o ventolin w postaci do nebulizacji (normalnie przepisują lek w syropie, nebulizatory nie są tutaj popularne, nie mam pojęcia dlaczego), a nasz lekarz, wiedząc, że nie nadużywam farmaceutyków, sam z siebie przepisuje mi jednorazowo większą ilość, bym nie musiała za każdym razem lecieć do niego po receptę. On sam jest zwolennikiem rozprawiania się z chorobami właśnie w ten sposób, więc nawet gdy stwierdził raz, czy drugi, że mamy do czynienia z początkami zapalenia oskrzeli, tylko te nebulizacje zalecił i one wystarczyły.

Nie namawiam nikogo do lekceważnia przeziębienia, przechodzone bardzo łatwo może przekształcić się w bakteryjną infekcję, wiec kilka dni w domu, bez szaleństw i wielkiej aktywności jest wskazane. Ale właśnie odpoczynek, zwolnione tempo i nawilżanie dróg oddechowych powinno wystarczyć.

Fińskie zalecenia mówią (a ja się ich trzymam, bo uważam je za rozsądne), że należy zabrać dziecko do lekarza gdy:
       - objawy przeziębienia wystąpią u niemowlęcia poniżej trzeciego miesiąca życia

- gorączka utrzymuje się dłużej niż trzy dni

- zauważymy, że dziecko ma trudności z oddychaniem, jego oddech jest ciężki, świszczący, mocno przyspieszony

Ale i wtedy antybiotyk, czy inne leki nie zawsze okazują się potrzebne. Ale jeśli już, to pamiętajmy o probiotykach. I to nie tylko w trakcie kuracji antybiotykowej, ale i ładnych kilka miesięcy po, ponieważ antybole oprócz złych bakterii, zabijają w naszych organizmach również te dobre, a co za tym idzie – osłabiają nasza odporność i trzeba sporo czasu, by ją od nowa wypracować, a probiotyki mają nam w tym pomóc.
Jeśli chodzi o niemowlęta, to nie ma mowy o podawaniu jakichkolwiek medykamentów bez porozumienia z lekarzem. Inhalacje solą fizjologiczną, leki zbijające gorączke to jedyne specyfiki, które odważyłabym sie dać takiemu maluszkowi.

Wiem, że w Polsce lekarz jest niezbędny przy każdym przeziębieniu, by wypisać rodzicowi zwolnienie, jeśli bym musiała, też bym chodziła, natomiast na pewno nie wracałabym z takiej wyprawy z  torbą pełną rutinoscorbinów, wapna, witamin, czy jakichś preparatów, które ponoć wspomagają walkę z wirusami, ponieważ uważam, że w ten sposób pozabawiałabym organizmy córek umiejętności samodzielnego sobie z nimi radzenia. W tej kwestii jestem bardzo fińska i dobrze mi z tym ;)
Jeśli nie macie dość czytania o przeziębieniach, zapraszam do artykułu, mojego pióra:
 

poniedziałek, 2 lipca 2018

Tydzień równości.


Dzisiaj poruszę temat trochę chyba kontrowersyjny. Ma on związek z „Pride week”, czyli Tygodniem Równości, który trwał w całej Europie w drugiej połowie czerwca, również w Finlandii. Został on zwieńczony Paradą Równości, która w Helsinkach odbyła się 30. czerwca – niestety nie wzięłam w niej udziału. Z jakiego powodu wbiłam sobie w głowę, że będzie to dzień później, gdy miałam plany wyjazdowe, w związku z czym nie wybrałam się z dziewczynkami do miasta. Szkoda bardzo, była to barwna, radosna impreza, która przyciągnęła w tym roku rekordową liczbę uczestników – ponad 100 000 osób.
Finlandia to kraj bardzo tolerncyjny. W rankingu krajów dbających o prawa osób homoseksualnych zajmuje 5. miejsce. Od 1 marca 2017 roku dozwolone są tutaj śluby par homoseksualnych. Co prawda tylko cywilne, ale wielu pastorów luterańskich opowiada się za legalizacją ślubów również kościelnych. Narazie mogą oni jedynie błogosławić związki homoseksualne, co często robią.
Przed marcem 2017 związki homoseksualne można bylo rejestrować, jednak partnerzy nie mieli takich praw jak małżonkowie – ich majątek nie stawał się po rejestracji wspólny, nie mieli też prawa do dziedziczenia po sobie. Po wejściu w życie prawa zezwalającego na śluby, pary homoseksualne mogą adoptować dzieci, jednak z tego co wiem, proces jest dość skomplikowany.
 
 
W ciągu tygpdnia równości wiele publicznych kont na Facebooku zostało zaopatrzone w profilowe zdjęcia w kolorach tęczy. Tak było między innymi w przypadku miasta, w którym mieszkamy – Vantaa, a także prducenta napojów alkoholowych. A w sieci sklepów monopolowych (w Finlandii alkohol o mocy powyżej 5,5% można kupić tylko tam) sprzedawano wino musujące w tęczowych butelkach.

 
 


Fińskie dzieci, wychowywane w atmosferze tolerowania wszystkiego co inne, nie dziwią się, gdy koleżanka z przedszkola ma dwie mamy, a do domu na obiad, czy kolację  wpada zaprzyjaźniona para trzymających sie za ręce mężczyzn.
Moje córki uwielbiają naszych homoseksualnych przyjaciół, nie dziwi ich facet w sukience i butach na obcasach, bo wiedzą, że ludzie mają prawo do lubienia różnych ciuchów, a niektórzy panowie mieszkają z innymi panami, panie z paniami i nie ma w tym nic złego. Ja sama, z racji działania latami w branży, że tak powiem, obfitującej w ludzi z mniejszości seksualnych , spotkałam na swojej drodze wielu gejów, z wieloma się zaprzyjaźniłam i mimo, że moje córki są jeszcze dziećmi, wiem, że nie będę miała najmniejszego problemu, jeśli pewnego dnia któraś przyprowadzi do domu kobietę i powie: „Mamo, poznaj moja dziewczynę”. Najważniejsze jest dla mnie by były szczęśliwe. I kochane. Bo, jak mówią: nieważna płeć,  ważne uczucie J